Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Śnieg niejedno ma imię

Dodano: Niedziela, 30 marzec 2008 / Ilość wyświetleń: 9623Kopanie przekroju i badanie zagrożenia lawinowego.<br />Fot. Agnieszka Szymaszek

Kasprowy pokryty świeżą warstwą śniegu... Zjechali się narciarze, spragnieni szusów i słońca. Zaraz, zaraz: - ale czy to na pewno puch? Czy też jest to raczej śnieżna krupa, co siecze bez litości oczy narciarza, a może mokry śnieg wiosenny? Wielu ma nadzieję na firn, ten jednak to prawdziwa rzadkość...

Śnieg tak, ale jaki? Puch, cudowny firn, czy piekielna, łamliwa szreń przetykana kalafiorami? Gips, boraks, gangle, sparszywiały śnieg odwilżowy pachnący często lawiną, złączony z podłożem, czy lecący na dźwięk głosu ludzkiego? Gdyby pierwsi narciarze tatrzańscy wiedzieli więcej o kaprysach tatrzańskiego śniegu, kto wie, czy narciarstwo w ogóle by się rozwinęło...

Tatry nie grzeszą śnieżną monotonią. Bywa, że czasem cała zima mija szaro i bezśnieżnie. Zdarza się również, że śnieg zaczyna prószyć w lipcu, a we wrześniu na dobre już przykrywa góry. I zgadnij bracie, jaka dla narciarza najbardziej odpowiednia pora? Bywa w lutym zielona trawka na Gubałówce i bywa taki marzec, że z deskami na plecach trzeba leźć pod Zawrat, aby zjechać między łysinami suchych traw i kamieni (W stronę Pysznej). Marzy nam się śnieg pełnej zimy - puch i wymarzony firn, ulubiony śnieg wiosenny. W duchu klniemy natomiast tępy śnieg odwilżowy, gangiel, gips i szreń łamliwą, którą kiedyś Józef Oppenheim nazwał zupełnie słusznie jasną cholerą żywota narciarza tatrzańskiego.

Czyżby szreń?

A jak było kiedyś, przed 50 i 60-ciu laty ? Czy zimy rzeczywiście były takie śnieżne, że stare schronisko na Pysznej odkopywano spod wielometrowych zwałów? Gdy narciarze SN PTT w roku 1911 szli na Pyszną, do klubowego schroniska, do narciarskiego El Dorado jak nazywano niegdyś Pyszną, to przypominało ono raczej wielką kupę śniegu, a nie pyszniański przybytek. Śniegu było dużo, nieraz bardzo dużo, może nawet za dużo. Chociaż gwoli tzw. prawdy historycznej, zdarzały się zimy, gdy starzy wyrypiarze narzekali, na brak śniegu i chodzili na narty do Pięciu Stawów, bo gdzie indziej go nie było.

Na początku, w czasach pionierskich, o śniegu wiedziano bardzo niewiele. Nawet sam Mariusz Zaruski otarł się o śnieżną śmierć, gdy zjeżdżał z Kordysem z Polskiego Grzebienia podcinając deskę śnieżną, nie wiedział bowiem niemalże nic o "białej śmierci". Doświadczenie uczyło jednak o gatunkach śniegu, lawinach, nawisach, kurniawie, i innych atrakcjach żywota narciarza tatrzańskiego. A jest tego niemało.

Po puchu

Zacznijmy historię o dawniejszych i współczesnych śniegach od jegomości puchu. Puch to śnieg pełnej zimy, padający ogromnymi pięcioramiennymi gwiazdkami przy mrozie, pokrywa ziemię grubą pierzyną puchową. Jazda w tym śniegu to pływanie w białej masie, przyjemność gwarantowana, o ile słonko nie ogrzeje naszego bohatera zbyt mocno, wtedy spuszczamy nos na kwintę, bo wilgotny puch doskonale klei się do desek... O puchu kiedyś pisał Oppenheim: idealny śnieg zimowy puch - miewa już swoje kaprysy. Zbyt wiele puchu na zboczu pachnie lawiną, a torowanie w świeżym, nie uleżałym puchu, szczególnie przy dłuższej wycieczce, wypompować mogłoby Herkukesa, gdyby jeździł na nartach. Faktycznie torowanie w puchu to mordęga, ale zjazd wynagradza mozolne podejścia. Czasami pada go tak dużo, że odkopanie wyciągów w kotłach Goryczkowym lub Gąsienicowym trwa cały dzień. A w tedy pracownicy PKL na Kasprowym przeklinają w duchu ulubiony ten śnieg narciarzy. Są też śniegi podobne do puchu. Niestety, bardzo rzadko pojawia się w Tatrach szeleszczący kuzynek puchu, błyskotliwy boraks, śliczny śnieg z gwiazdek mrożonych powstały, gdy mróz ciężką mgłę górską osadzi sprowadzając słońce. Równie rzadka jest zimowa imitacja firnu, śliska, przemarznięta kasza, sypiąca się jednak chętnie lawiną. Te dwa gatunki śniegu należą do rodziny śniegów łaskawie usposobionych dla łydek narciarza (W stronę Pysznej).

Po szreni

Łamliwa szreń to czarna rozpacz narciarza. Tyleś się chłopie natrudził, aby wejść na nartach na taką czy inną przełęcz, a tu zamiast cudownego zjazdu, miodem smarującego serce, masz łamliwą szreń, zjazd ze struchlałym sercem, przy skowycie pękającej szreni. Na łamliwej szreni technika zawodzi, czasami pomaga przeskakiwanie, albo jazda zakosami. Ale często ta narciarska improwizacja kończy się klasycznym leceniem na pysk. Po odwilży tworzy się lodoszreń, twarda skorupa, po której jeździ się doskonale... o ile ma się ostre krawędzie. Tu warto przypomnieć opowieść Józefa Krzeptowskiego o wypadku w Cichej (opowieść otrzymałem od znanego gawędziarza, Józefa Pitonia, przyp. W.S). Przed II wojną światową, zimą, szła wyprawa TOPR pod Świnicę, po turystkę, która tam zaginęła. Wracali potem wieczorem na nartach na Kasprowy, a pochód zamykał Stanisław Gąsienica z Lasa. A miał stare narty, jesionki, bez krawędzi, które na lodoszreni trzymały na słowo honoru. Na trawersie narty Stanisławowi ujechały i poleciał dołu. Ratownicy dopiero na Kasprowym zobaczyli, że Stanisław kansi sie zapodział. Tymczasem on spadł do Doliny Cichej, jedną nartę mu złamało, miał tylko jeden kijek. Zszedł na dno doliny i pojechał na jednej narcie do szałasu w Tomanowej Liptowskiej. Wchodzi do środka, nazbieroł drewna i chcioł palić watrę, a tu zapałki zamokły. A był mróz. Więc żeby nie zamarznąć to chodził po szałasie całą noc, w jedną i drugą stronę. Rano ratownicy wyjechali na Kasprowy, patrzą a tu ktoś idzie Cichą. To Stanisław z Lasa! Wołają, że idą zaraz mu pomóc. A on, że nie chce. O tej jednej narcie wyszedł na Suchą Przełęcz, a tam ratownicy TOPR go obstąpili i pytają jak było, co przez tę długą tatrzańską noc robił. A Stanisław z humorem odpowiedział: - Psiokrew bestyjo. Zjechołek na noc do sałasa w Tomanowej Liptowskiej, a co by nie zamarznąć to tońcyłek do rania ciarlestona!

W stronę Pysznej: Szreń ma także wiele odmian. Zwykła szreń, której twardość może się wahać od miękkości zamarzającej grudy po matową twardość chińskiej porcelany, dla rozmaitości zakwitać może chropowatym kalafiorem, wyboistym ganglem, tępym gipsem, otwierając urozmaiconą listę zmiennych śniegów tatrzańskich, męczących niesłychanie nogi, a groźnych dla ścięgien, kości, nart i zębów narciarza. W terenie podobne śniegi wymagają bardzo ostrożnej jazdy, nie popuszczania ani na moment nart, starannego wypatrywania drogi i szybkiej orientacji po odcieniu śniegu, aby nie ulec gwałtownemu zahamowaniu lub szarpnięciu.

Firn - marzenie

Marzeniem każdego narciarza jest firn, legendarny śnieg wiosenny, częściej opisywany, niż oglądany w nieskazitelnej swej formie w Tatrach.Słońce musi go wysmażyć, a mróz zamrozić, naprzemian przez parę dni jednolitej pogody, ale o ile się trafi, zezwala na wszelką brawurę, ewolucje, lekceważenie stromizn i lawin, przy podejściu jak i zjeździe. Jednakże należy pamiętać, że pod wieczór lub w chmurny dzień firn zmienia się w szreń. Tyle Oppenheim. Gdy w marcu zimowy puch jest zamrażany nocą, a roztapiany w ciągu dnia, kryształki śniegu w cudowny sposób zmieniają się w śnieg tryskający spod desek wesołą strugą. Firnowi zawsze prawie towarzyszy piękna pogoda. Wtedy narciarze zamieniają się w plażowiczów, jeżdżących bez koszulki, czasami nawet w krótkich spodenkach. Na halach kwitną krokusy, a w powietrzu unosi się zapach wróżący szybkie nadejście wiosny.
Ale firn to także przebudzone po śnie zimowym misie brunatne. Kiedyś Oppenheim wracał wiosną z towarzystwem przez Lodową. Warunki znakomite, firn, lazur nieba, nastroje doskonałe. Narciarze rozciągnęli się w dolinie Jaworowej, każdy jechał jak chciał. Popularny Opuś wpadł na polanę, a tu przed nim stoi na zadnich łapach ogromne niedźwiedzisko, wzrok zbójecki, boki zapadnięte, widać, że ledwo co wstał z barłogu. Stali tak naprzeciw siebie długo, Józio nie pamięta, jak długo. Druga nadjeżdżała lwowianka Domaniewska. zakręciła przed Józiem a widząc niedźwiedzia powiedziała: - Ta, ja ci Józku, dziękuję za taką dolinę! Niedźwiedź schował się w kosówkę.

Przy firnie fantazja narciarska ponosi na najstromsze stoki, żleby i szczyty. Oppenheim zjechał w kwietniu 1925 r. z Koziej Przełęczy, pewnie przy firnie, a jego wężowe ślady widywano na Rohatce, Lodowej, Żelaznych Wrotach. Heniu Bednarski, zwany popularnie w Zakopanem "Bednarzem", kochał telemarki na grani Czerwonych Wierchów, które wykonywał z idealną precyzją właśnie po firnie.

Wiosenna narciarska tura. Rejon Zmarzłego Stawu Gąsienicowego.
Fot. Mariusz Frankiewicz

Firn i puch to przyjaciele łydek narciarza, a szreń i mokre śniegi odwilżowe to ich utrapienie i zmora. Dlatego ich nie polecamy. Nie polecamy także jazdy nocą, chociaż atrakcje murowane! Przekonał się o tym dobry narciarz, ratownik TOPR i przewodnik tatrzański, Józef Krzeptowski. Po dyżurze na Kasprowym zjeżdżał na Goryczkową ze swoim przyjacielem Tadeuszem Gąsienicą - Giewontem. A było już ciemno, śnieg świeży, że w końcu Józka, jak to się mówiło, postawiło na głowie, zrobił kilka salt. Cały był w śniegu, miał go pełno w ustach, za koszulą, był cały biały. Kolega podjechał do niego i podał mu odpiętą nartę, a popularny Krzeptowski klęknął wtedy na śniegu i przeżegnał się. Tadek się go pyta: - Cos to Józiu robis! A Ujek: Dziękuje Bogu co to śnieg, a nie błoto!

Kolor śniegu

Śnieg ma nawet własny kolor. W Tatrach człowiek nie jest pewien nawet typowej barwy śniegu. Był kiedyś w Hlińskiej Dolinie śnieg przedziwnie żółty, pocętkowany deszczem na szaro. Śnieg zlodowaciały mieni się błękitem. We mgle sinieje. Pod wieczór staje się różowy. Ostatnio pokazują się śniegi szare, prawie popielatej barwy. Ktoś widział śnieg czerwonawy. Ale to już nabytki całkiem nowej doby (W stronę Pysznej). Najwięcej śniegu w na Kasprowym, jak podaje kierownik obserwatorium, Jan Trzebunia, było 15 kwietnia 1995 r. Pomiary wskazały 355 cm, a w Dolinie Pięciu Stawów Polskich największa pokrywa sięgnęła wówczas jeszcze wyżej - 404 cm.

Śnieg to także lawiny, biała śmierć...

Kopanie przekroju i badanie zagrożenia lawinowego.
Fot. Agnieszka Szymaszek

W czasach kierownictwa Oppenheima wypadków lawinowych było wiele. Najtrudniejszą była akcja w Cichej w styczniu 1939 r. kiedy lawina zasypała kilku narciarzy. Wyprawę prowadzono przy ogromnym mrozie, styliska łopat pękały przy przekopywaniu mas śnieżnych. Lawiny idą najczęściej przy odwilży, a zimą groźne są lawiny pyłowe i deski śnieżne, i nawet stoki Kasprowego nie są od nich bezpieczne! W marcu 1956 r. lawina zasypała Marcinowskich na Goryczkowej i zniszczyła schronisko. Beskid, czy Pośredni Goryczkowy również niosą z sobą niebezpieczeństwo podcięcia deski...

Z życzeniami jazdy wyłącznie po firnie

Wojciech Szatkowski