Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Praca tuż pod niebem

Dodano: Środa, 6 sierpień 2008 / Ilość wyświetleń: 6255Apoloniusz Rajwa. Fot. Agnieszka Szymaszek

Wywiad z Apoloniuszem Rajwą, speleologiem, przewodnikiem tatrzańskim, ratownikiem TOPR, dziennikarzem, który 12 lat przepracował w obserwatorium meteorologicznym na Kasprowym Wierchu.



- Kiedy pracowałeś w obserwatorium?



- Od stycznia 1958 roku do października 1969 roku. W 1956 roku, po ukończeniu geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim, w całym województwie krakowskim o pracę było bardzo trudno. Wówczas absolwentów geografii zatrudniano najczęściej w szkołach. Miejsca pracy były za to w województwach olsztyńskim i jeleniogórskim. A że z górami byłem związany od dziecka, gdyż od 1947 roku mieszkałem w Zakopanem, oczywiście chciałem pracować w górach. Olsztyńskie więc odpadało. Trafiłem w końcu do Kowar pod Karkonoszami. Przepracowałem tam rok w szkole. Było to jednak zupełnie inne środowisko niż to, do którego byłem przyzwyczajony w Zakopanem. Po roku zrezygnowałem. W Państwowym Instytucie Hydrologii i Meteorologii w Krakowie dowiedziałem się, że w Kielcach jest miejsce dla obserwatora meteorologicznego. Musiałem jednak zrobić specjalny kurs. A ponieważ byłem z Zakopanego, na praktykę trafiłem do obserwatorium na Kasprowym. To była jesień 1957 roku. Tam poznałem państwa Orliczów – Michała i Jadwigę, którzy byli wtedy kierownikami obserwatorium. Michał Orlicz kierował obserwatorium w latach 1948 -1967. Oni wciągnęli mnie w meteorologię.

Michał Orlicz, wieloletni kierownik obserwatorium na Kasprowym Wierchu.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy

Byłem tam wówczas ok. miesiąca. Potem praktykowałem jeszcze w Nowym Sączu, później zaś wysłano mnie – już na etatową pracę – do Kielc. Ale ja jeszcze, gdy byłem na praktyce, umówiłem się z Orliczami, że gdy na Kasprowym zwolni się etat, to dadzą mi znać. I tak się stało. W styczniu 1958 przeniesiono mnie tam do pracy.
Na początku byłem zwykłym obserwatorem, potem Orliczowie stwierdzili, że mam zacięcie naukowe. Zostałem starszym asystentem naukowo-badawczym. Wtedy w obserwatorium na Kasprowym pracowało nas czterech obserwatorów: Włodzimierz Chełchowski, który po 2 latach naszej wspólnej pracy wyjechał do Warszawy, zrobił doktorat, i był pierwszym Polakiem, który zimował na Antarktydzie; Feliks Kozera, który zmarł 2 lata temu; Jerzy Mitkiewicz, później wieloletni kierownik obserwatorium, na Kasprowym przepracował 40 lat; Antoni Barański, który później wyjechał jako meteorolog na Spitzbergen; i ja. Jeden obserwator pracował dobę, potem miał 3 doby wolne. To był znakomity układ pracy, ponieważ po dobie pracy przez wolne dni można było chodzić po górach, jaskiniach, wspinać się. Często tak robiliśmy, że po zakończeniu zmiany szło się od razu z Kasprowego wspinać się np. na Kościelec, albo do jaskiń w Czerwonych Wierchach.

Lata 60. Elżbieta Sławińska wypuszcza balon do pomiarów prędkości i kierunku wiatru.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy
Rok 1958. Pomiary w obserwatorium.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy


- Na czym polegała Twoja praca?



- Co godzinę trzeba było dokonywać obserwacji - dzień i noc. Wychodziło się na taras, robiło się wizualne obserwacje – wysokości i rodzaj chmur, widzialność chmur, a potem odczyty dotyczące ciśnienia, temperatury powietrza, prędkości i kierunku wiatru. To wszystko szyfrowało się, i wysyłało się radiotelefonem o pełnej godzinie do oddziału krakowskiego. Dostawaliśmy też do obliczenia średnie z całego miesiąca, czyniliśmy także dodatkowe obserwacje nasłonecznienia, jak również obserwacje astronomiczne dla Uniwersytetu Wrocławskiego. Na Kasprowym nie było rozproszonego światła w nocy. Dzięki temu warunki do obserwacji nieba były znacznie lepsze niż w mieście lub w innych, niżej położonych obserwatoriach. Zamontowano u nas przyrząd, który służy do mierzenia nocnego świecenia nieboskłonu. Omal przez niego nie straciłem życia. Przyrząd ten podłączany był do baterii szeregowo wtyczkami „banankami”. „Bananki” dokręcane były śrubkami. Normalnie śrubki były wkręcone w ebonit, by nie było przebicia. Jedna ze śrubek nie była dokręcona, wystawała. Nie zwróciłem na to uwagi, bo byłem zaspany, gdyż pomiaru dokonywało się w nocy. Złapałem za wtyczkę i uderzyło mnie 1100 volt. Byłem w gumowych butach i stałam na gumowej wykładzinie. Dzięki temu nie padłem na miejscu. Doznałem szoku, miałem spalone od wyładowania koniuszki palców.
Za moich czasów prof. Kordylewski sfotografował w obserwatorium na Kasprowym tzw. pyłowe księżyce Ziemi, zwane dziś księżycami Kordylewskiego. Profesor wyliczył, gdzie mogą się znajdować. Potrzebował jednak dowodu w postaci zdjęcia na swoje odkrycie. Księżyce można było sfotografować, ponieważ na wygwieżdżonym niebie widoczne były ciemniejsze masy. Powiedział mi: jeśli chce pan zobaczyć je gołym okiem, proszę położyć się na wznak na tarasie, i kręcąc powoli głową obserwować nieboskłon strefa po strefie. Po chwili zauważyłem miejsca ciemniejsze. Powiedział:, że tam są właśnie pyłowe księżyce Ziemi, i że można zobaczyć je gołym okiem, jeśli dokładnie obserwuje się niebo i wie się, w którym miejscu się znajdują.

Przekazywanie depeszy synoptycznej przez radiotelefon. Lata 60.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy



- Podczas jednego z dyżurów miałeś okazję przeżyć halny stulecia i dokonać pomiarów wiatru.



- To było 6 maja 1968 roku Nie był to typowy halny. Na halny bowiem nałożył się tzw. niskotroposferyczny prąd strumieniowy. W troposferze występują wiatry o bardzo dużych prędkościach. Zaczęło się od typowego halnego, który wiał z prędkością w porywach do 30 - 50 m. Następnego dnia niskostrumieniowy prąd zszedł na wysokość szczytów tatrzańskich. Od godziny 16 do 18 średnia prędkość wiatru wynosiła ponad 60 metrów na sekundę. Ta wartość była już ostatnią, którą rejestrował anemograf. Miał jednak pewną tolerancję. Dodatkowo, mieliśmy jednak jeszcze ręczny anemograf. Z moich cogodzinnych obliczeń wynikało, że największa prędkość wiatru wyniosła wówczas 80 metrów na sekundę, czyli 288 km na godzinę. To jest najsilniejszy wiatr zarejestrowany dotąd w Tatrach Polskich i Słowackich.
Gdy wychodziłem dokonać pomiaru na taras, trzymałem się rękami metalowej poręczy, żeby mnie nie zwiało. Dodatkowo przywiązałem się liną taternicką do kaloryfera. Wiatr był tak silny, że nad obserwatorium latały kamienie wielkości pięści. Porwało również deski o długości 5 metrów, zgromadzone na budowę wyciągu krzesełkowego na Goryczkowej. Wiatr przerzucił je wszystkie do Gąsienicowej. W pewnym momencie z okna zaobserwowałem, że wiatr zrobił trąbę wodną. Wyssał część wody z jednego ze stawków na Gąsienicowej. Trąba leciała na zachodnią ścianę Kościelca i tam się rozprysnęła.

Zniszczenia po halnym „stulecia”, rok 1968
Zniszczenia po halnym „stulecia”, rok 1968
Zniszczenia po halnym „stulecia”, rok 1968


- Jakie jeszcze inne nietypowe zjawiska miałeś okazję obserwować podczas pracy w obserwatorium?



- Wiele razy widziałem widmo Brockenu. Mówi się, że to zła wróżba, że oznacza to rychłą śmierć w górach. Ale to przesąd, bo ja tyle razy widziałem, a żyję. Miałem również okazję 2 razy obserwować szczyt pradziada w Sudetach. Nikt inny nie trafił na tak wyjątkową widzialność. Do Babiej Góry w linii prostej odległość wynosi 50 km. Gdy było widać Pilsko, oznaczało to widzialność 70 km; Szyndzielnię – 120 km. Ale to wszystko było w miarę blisko. Odległość do Pradziada wynosi z Kasprowego ok. 240 km. Pradziad widziałem podczas bardzo specyficznych warunków. Było to o wschodzie słońca, gdy światło słoneczne padało na zachód. Stożek Pradziada ponad górną granicą lasu był ośnieżony.



- Zazwyczaj „zwykli” ludzie chodzą do pracy do firmy albo do biura. Twoja droga do pracy była nietypowa…



- Z reguły wyjeżdżaliśmy pierwszą kolejką, przed turystami. A gdy kolejka nie kursowała, szło się pieszo, bez względu na pogodę. Mam w sumie 235 wyjść pieszo do pracy z Kuźnic. Niestety bywało niebezpiecznie. W 1962 roku pracowała u nas Jadzia Brydówna. Miała ponad 30 lat, byłą przewodnikiem tatrzańskim, a wcześniej uczyła w szkołach na Spiszu. Była niesamowicie zauroczona Tatrami, często chodziła po nich sama, nawet w bardzo trudnych warunkach. 3 marca w południe zadzwoniła do mnie z Kuźnic, że wychodzi do pracy. Kolejka nie kursowała, bo wiało. Powiedziałem jej, że szedłem na Goryczkową, i że jest przedeptane. Jadzia stwierdziła, że pójdzie przez Gąsienicową, bo drogi przez Goryczykową nie lubi. Warunki panowały zimowe. Ok. 16 zatelefonowała do mnie z Hali Gąsienicowej, że wychodzi. Powinna podchodzić w tych warunkach 2 – 2,5 godziny. Nie dotarła. O godzinie 20 zadzwonił do mnie kolega z Hali, który podawał mi wartości, i zapytał, czy Jadzia doszła, bo wyszła po 16. Pomyślałem, że coś się musiało stać. Zaczął się raban. Ratownicy z Hali zaczęli jej szukać, ale cofnęli się, bo było ciemno i bardzo wiało. Poszukiwania wznowili o 5 rano. Nie znaleźli. Jak skończyłem zmianę o 11 i poszedłem jej szukać sam. Ruszyłem granią w stronę Świnicy. W pewnym momencie na grani zobaczyłem dołek, w którym leżały narty z przypiętymi fokami. Poznałem, że to są jej narty. Podszedłem dalej, w kierunku Beskidu i nagle zobaczyłem leżące ciało, między kamieniami na śniegu, po stronie słowackiej. Podszedłem bliżej, patrzę: Jadzia. Miała chustkę na głowie, kijki w rękach, ręce gołe, zimne, sztywne. Już nie żyła.

Jadzia Brydówna, która tragicznie zginęła w drodze na Kasprowy

A ja raz na Kasprowy czołgałem się po lodzie. To był grudzień 1965 lub 66 roku. Warunki panowały fatalne, kolejka kursowała tylko do Myślenickich Turni. Józek Biela albo Staszek Chyc mówią mi: nie masz nart, wiec weź od nas biegówki. Dałem się na to skusić. Poszedłem trawersem do Goryczkowej, szło się jako tako. Ale gdy wszedłem do Kotła, zaczęła się lodoszreń. Wiatr wiał ponad 50 metrów na sekundę. Temperatura wynosiła minus kilkanaście stopni. Przy takim wietrze odczuwa się temperaturę jak minus 40 stopni. Na powierzchni śniegu zalegała kilkucentymetrowa warstwa lodu, a pod lodoszrenią znajdowała się ponad półmetrowa warstwa kopnego świeżego śniegu. Mimo że miałem narty, zapadałem się. Nie mogłem się wygrzebać. Odpiąłem więc narty, ale wtedy co krok wpadałem w śnieg. Po przebyciu 200 metrów poczułem, że słabnę. Do tego wiatr, który zaczął mnie wywracać. Byłem gdzieś w połowie drogi pomiędzy dnem Kotła a obserwatorium. Budynku nie było widać, ale widziałem kamienie pod budynkiem, więc wiedziałem, że mam się na nie kierować. Przywiązałem narty do nogi, położyłem się na lodzie, żeby się pode mną nie łamał, i zacząłem się czołgać do góry. Łapałem się kępek traw albo wystających kamieni. W pewnym momencie chmury odsłoniły się i zobaczyłem, że idę w dobrym kierunku. Na górze, tam gdzie dziś znajduje się górna stacja wyciągu, zacząłem ze zmęczenia zasypiać. Pomyślałem, że nie dojdę do końca, że będzie ze mną jak z Brydówną. Ale w końcu teren zaczął się wypłaszczać. Stanąłem na nogi i jak pijany doszedłem do obserwatorium. Nacisnąłem na dzwonek. Gdy drzwi się otworzyły, straciłem przytomność. Wciągnęli mnie do środka, ale nie od razu do ciepłego pomieszczenia, tylko do chłodniejszego, bym doszedł do siebie.

Apoloniusz Rajwa na szczycie Kasprowego


- Bywało, że nawet Wigilię spędzałeś na Kasprowym.



-Tak było chyba trzeciego roku mojej pracy. Wypadał na mnie wtedy dyżur. A byłem młodym małżonkiem, nasze pierwsze dziecko – Piotrek – miało 5 miesięcy. Jadwiga Orliczowa powiedziała, bym sprowadził na górę żonę i synka. A żona była w ciąży z drugim dzieckiem, córką. Gdy żona wyjeżdżała z małym kolejką, ludzie się jej pytali, po co dziecko wywozi na górę, czy ono ma koklusz? Po Wigilii daliśmy Piotrkowi kilka łyżeczek barszczu, ale zwymiotował. Był malutki, wcześniej pił tylko mleko, no i dała mu się też pewnie we znaki wysokość. Rozmawiałem z żoną Jurka Mitkiewicza, i powiedziała mi, że jej córka Ewa też była na Wigilii u Orliczów, i że miała wtedy 3 albo 4 miesiące, więc to było „rekordowe” dziecko.

Danuta Rajwa z 5-miesięcznym synem Piotrem. Wigilia na Kasprowym Wierchu,
rok 1960.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy


- Na pewno znasz wiele ciekawostek związanych z Kasprowym Wierchem.



- Nie każdy wie, że na Kasprowym znajduje się… grób. Tu pochowany jest Pimek, pies Orliczów. To był mały kundelek, oni bardzo się nim cieszyli. Pimek z Orliczem zawsze chodził na obserwacje, nawet daleko, np. na Żółtą Turnię, na pomiary tzw. totalizatorów, baniaków, które wykazywały, ile opadów spadło w ciągu miesiąca. Orlicz zawsze brał cukierki, takie pomadki wedlowskie. Gdy byli na górze, dawał Pimkowi, żeby sobie podjadł. W pewnym momencie powiedział do towarzyszącego mu Jurka Mitkiewicza: panie magistrze, niech się pan poczęstuje, bo Pimek już nie chce.

Codzienność w obserwatorium „od kuchni”.
Fot. Ze zbiorów Apoloniusza Rajwy


- W tym roku obchodzisz swoją osobistą rocznicę związaną z pracą w obserwatorium.



- Gdy w styczniu tego roku odbywała się uroczystość poświęcenia nowej kolejki, w obecności prezydenta i kardynała Dziwisza, był to również mój osobisty jubileusz 50-lecia objęcia pracy na Kasprowym.

Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek