Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Babcia Kolejka

Dodano: Poniedziałek, 2 luty 2009 / Ilość wyświetleń: 3451Rys. Kamil Targosz

Kolejka na Kasprowy pobudza wyobraźnię i wspomnienia. Ma je każdy polski narciarz. Blaszany wagonik wwożący pokolenia narciarzy na Świętą Górę polskiego narciarstwa pozostał na zdjęciach i opowieściach. Jest ich mnóstwo, zbierały się przez kolejne sezony, niektóre nabrały charakteru legend, inne są bardzo osobiste. Dzięki uprzejmości redakcji Magazynu NarciarSKIego prezentujemy kilka retrospekcji, nie tych legendarnych, najbardziej znanych, a osobistych, opisujących magicznego blaszaka z należytą nostalgią i czułością.



Babcia Kolejka

Pamiętam sylwestra, kiedy się uparłam, że muszę koniecznie wjechać na świętą górę – Kasprowy. Wkrótce czekał mnie paromiesięczny pobyt zagraniczny i była to pierwsza i ostatnia okazja tamtego sezonu. Wiadomo, w okresach świątecznych wjazd kolejką na Kasprowy bez miejscówki graniczył niemal z cudem chyba, że … wstało się bardzo, bardzo wcześnie. Na taki właśnie pomysł wpadłam, budząc całą ekipę jeszcze przed piątą rano (choć niektórych nawet nie trzeba było budzić po imprezie).Całą grupę wyciągnęłam do Kuźnic. W planach zakładałam, że dolną stację osiągniemy jako pierwsi. Wokół roztaczała się nieprzenikniona ciemność, ziąb, mróz trzaskał pod butami z każdym krokiem. Klimat jak w środku nocy polarnej. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że na deskach, pod kurtkami i polarami śpi jakaś grupka.
Byli to nasi znajomi, którzy dotarli do Kuźnic 20 minut przed nami. Dołączyliśmy do nich i czekaliśmy na pierwszą kolejkę. Wcześniej jednak doczekaliśmy się pierwszego komunikatu: "z powodu bardzo silnego wiatru kolej linowa na Kasprowy Wierch ruszy dopiero o godzinie 10:00". Następny komunikat 9:30: "Kolej w Kotle Goryczkowym i Gąsienicowym nieczynna". Zbierało się coraz więcej osób i ogonek kolejki dochodził już do schodów, a właściwie to już chyba zaczynał z nich schodzić. Oczekiwanie z minuty na minutę wprowadzało nas w stan wściekłości, zwłaszcza tych, których z łóżek wyciągnęłam za nogi na puchy. Na szczęście pojawił się jakiś sąsiad zza wschodniej granicy – przesympatyczny człowieczyna, który miał termos w kijkach (był kiedyś taki model kijków)i bynajmniej nie były one wypełnione gorącą herbatą. Tak czekaliśmy chyba do 12:30 nasłuchując kolejnych komunikatów, co 30 minut przepijając gorącą herbatą z Jaworzynki zawartość kijków kolegi. Niestety kolejka nie ruszyła, ale i tak było sympatycznie.Fenomenem czekania w kolejce do kolejki było to, że można było poznać ciekawych ludzi, posłuchać ich historii, a czasami dostawało się głupawy i opowiadało bajki. Czasami wskakiwało się w pośpiechu w ostatni wagonik. Pamiętam, kiedy byłam mała i tata mnie porywał z przedszkola. Pędziliśmy na Kasprowy bądź Turnie. Na ogół się udawało. Pamiętam też, kiedy nam się nie udało, a mieliśmy się wtedy dostać się na Myślenickie Turnie do Anyszków. Byliśmy na Goryczkowej i już widzieliśmy, że kolejka stoi, więc trawersem wyruszyliśmy z całym sprzętem na plecach w stronę Turni. Robiło się ciemno, ale nie na tyle, żeby nie było widać wielkich tablic z napisem UWAGA LAWINY i tu oczywiście padło pytanie: "tato, co to są lawiny?" A na dodatek był to czas, kiedy nasz zaprzyjaźniony niedźwiedź często odwiedzał Turnie, choć może tylko podziwiał kolejkę. Poza niedźwiedziem na turnię z Kalatówek i z powrotem przychodził ryś do kotki "Agaty" Daniela. Owocem tego romansu był mój ukochany kot, którego później dostałam od Anyszków. Dotarliśmy wówczas cali, a tabliczki z lawinami podobały mi się tak bardzo, jak zjeżdżanie po stronie słowackiej na Pośredni lub do Kotła Świńskiego. Problem tylko polegał na tym, że czasami gdy za bardzo dmuchało, to takie małe uparte 5 letnie dziecko, jakim wtedy byłam, musiało czołgać się po śniegu się żeby dotrzeć do ukochanego Kotła, nie odfrunąć na Słowację i zjechać w puchach. To samo dziecko, tyko już podrośnięte, wybrało się raz do Murowańca – pierwszy raz na skitury, a ponieważ się zagadało z koleżanką, nie zdążyło na kolejkę … To był dramat, pamiętam. Szliśmy z Łukaszem ponad cztery godziny. Narty mi się rozjeżdżały, foki spadały. Nic nie było widać oprócz księżyca i świateł w dole.


Kolejka babcia była fenomenem, była prawdziwą ozdobą Kasprowego, zachowała swój styl i klasę prze tyle lat. Żegnaliśmy ją z całą rodziną, ze łzami w oczach ze Żlebu Pod Palcem.



To tylko wagonik

Wyglądała jak puszka po norweskich dropsach, albo pojazd najeźdźców z kosmosu filmów Eda Wood ’a. Mogła też być Nautiliusem sprytnego kapitana Nemo. Dla niektórych było jasne, że to budka z piwem, a dla głodomorów amerykański toster. Mowa o kolejce PKL, która wiernie woziła nas z Kuźnic, poprzez Myślenickie Turnie, na Świętą Górę - Kasprowy Wierch.


Ostatecznie pożegnaliśmy ją w 5 maja 2007 roku. Jej obłe kształty i nity zauroczyły amerykańskich snowboarderów. Opowiadali oni potem, że zawody w Zakopanem zostały znakomicie przygowane, albowiem organizatorzy wypożyczyli i uruchomili prehistoryczną kolejkę z jakiegoś skansenu, żeby uświetnić imprezę. Była inspiracją i muzą dla śnieżnych kogucików, próbujących olśnić co urodziwsze narciarki. A co działo się w kolejce do kolejki to temat na pokaźnej grubości księgę. Mimo, że to nie z niej wyskakiwał Marusarz, aby uniknąć spotkania z SS, jego duch hulał w niej, aż do ostatniego wjazdu. Nie sądzę, aby zagościł w nowoczesnej kolejce. Od połowy grudnia będzie ona wywozić znacznie więcej ludzi niż jej poprzedniczka. Znacznie więcej?! Jeżeli szwajcarska ślicznotka wozić będzie tak dużo osób, to znaczy, że dwu-osobowy dyliżans na Goryczkowej może nie sprostać. Nie mówiąc już o Kotle, gdzie mogą wystąpić sceny rodem z Bombaju, Delhi, czy autostrady Kraków-Katowice na wysokości Chrzanowa...Ale mój wrodzony optymizm szepce mi, że może nie będzie tak źle. Zdaję sobie sprawę, że wymiana kolejki była nieunikniona. Pozostaje mi się cieszyć że nastąpiło to tak późno. Jeżdżąc wieloma alpejskimi kolejkami, ze słoweńskimi włącznie, nigdy nie miałem tylu uciech duchowych, cielesnych i gastronomicznych, co w starej,dobrej PKL.


ps. Znam takiego, który w dniu pożegnania kolejki wydłubał łożysko z jej drzwi. Jak relikwię hiszpańskiego świętego schował ją do kieszeni swojego nowego goretexu, firmy Mamut, nie bacząc na dużą ilość czarnego smaru.

Ola Wilk, Kamil Targosz, Magazyn NarciarSKI nr 20 - zima 2007/2008