Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Upadać jest rzeczą ludzką

Dodano: Wtorek, 3 marzec 2009 / Ilość wyświetleń: 4731Tak jak zjazd jest ukoronowaniem narciarstwa, największą przyjemnością "białego szaleństwa", czymś wspaniałym dla dobrego technika, tak nieodłącznym składnikiem narciarstwa są upadki. Upada się różnie: na bok, przez głowę. Czasami taki narciarz, którego przed chwilą "prasnęło” nie podnosi się, bo złamał nogę. Trzeba wtedy wzywać TOPR. W dawnych czasach upadków było mniej niż teraz i połamańców także.

Początki narciarstwa to czasy odległe (koniec XIX i początek XX wieku) i dzisiaj już nikt się nie dziwi ludziom niosącym złożone narty i kijki na ramionach. Ale dawniej było inaczej. Pojawienie się sunącego cicho po śniegu narciarza na Krupówkach, czy w Karpatach wywoływało zbiegowisko. Zjeżdżający w dół "spuscoce", jak górale zwali "panów", którzy jeździli na "ski", wzbudzali niemałą sensację! Nie tylko w Zakopanem zresztą, ale także w drugim ośrodku polskiego narciarstwa, jakim był Lwów. Słyszałem też, że jeden z narciarzy wywołał popłoch wśród Bojków pracujących w lesie. A było to tak: miało się ku wiośnie, mróz był ostry, ale słońce prażyło, toteż samotny narciarz całe odzienie z wyjątkiem butów spakował do plecaka, przy którym łopotała przy zjazdach zielona opończa przeciwdeszczowa. Okulary śniegowe i brązowa opalenizna dodawały mu stylu. Jechał w stronę Urycza, gdzie w ruinie zamczyska gnieździło się podobno "coś", co straszyło, tak że z miejscowej ludności nikt nie odważył się zbliżać tam w nocy. Gdy taki stwór wyleciał jak strzała na zrąb, na którym poczciwi "chrestianie" ładowali drzewo na sanie, nic dziwnego, że uciekli z okrzykiem "utikajte – czort letit" (cytat za Z. Pręgowski, Karpaty Wschodnie). Lwowiacy walczyli o prymat w narciarstwie z zakopiańczykami i do 1914 zwyciężali bardzo często. Potem po wojnie zaczęli dominować narciarze spod Giewontu, ale to już zupełnie inna historia.

Grupa narciarzy, początki XX wieku
Fot. ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego AF15126-IV-54


Pierwszy narciarz zakopiański, Stanisław Barabasz wspominając archaiczne niemal czasy naszego narciarstwa, podkreślał, że o technice zjazdu praktycznie z początku nie wiedział nic. Dopiero podczas wycieczki na Przełęcz Kondracką nauczył się zmieniać kierunek jazdy łukiem. Barabasz pytał znajomych jak robi się telemark, ale jakoś nikt nie umiał mu tej ewolucji pokazać i nauczył się jej dopiero z czasem. Wszyscy zakopiańscy narciarze z nabożną czcią czytali podręcznik narciarstwa Mathiasa Zdarsky'ego, a ten pisał: "zjazd odbywa się w ten sposób, że narciarz siada na górze w kucki, opiera się mocno na kiju i zamyka oczy. Potem prosto jak strzała zjeżdża tak długo, aż mu zabraknie tchu. Teraz musi rzucić się bokiem na śnieg i czekać następnie aż znowu złapie oddech, by móc kontynuować zjazd szusem. Powtarza to tak długo, aż uda mu się zjechać do samego dołu". Tyle przewodnik z roku 1897. W owych czasach trwał spór między szkołą alpejską Mathiasa Zdarsky'ego, a szkołą norweską, który można w skrócie nazwać sporem między szkołą "jednokijkowców" i "dwukijkowców". Zdarsky uważał, że trzeba jeździć z jednym kijem, "bambusem", a norwescy narciarze, zdecydowani zwolennicy kierunku sportowego, przedkładali dwa kije nad jeden. Spór ten nie ominął Zakopanego. Pierwsi narciarze jeździli z "bambusem" i uważali że "mistrz Zdarsky" i jego szkoła to jest to czego im trzeba, ponieważ łuk alpejski Zdarsky'ego i wiązania jego pomysłu nadawały się idealnie dla stromych stoków tatrzańskich. Dlatego "norweskich nowinkarzy", propagujących użycie dwóch kijków potraktowano z przymróżeniem oka. Ale do czasu... Było to w roku 1913 (chociaż niektórzy twierdzą, że już w 1911 r.), kiedy Henryk Bednarski i narciarze ze Lwowa wprowadzali dwa kije. "Bambus" powoli przechodził do historii narciarskiego lamusa. Uratował za to życie wielu pionierom, choćby Mariuszowi Zaruskiemu, gdy spadał w dół żlebem do Czarnego Stawu Gąsienicowego przez próg od Zmarzłego

Jak Zaruskiemu „bambus” uratował życie

Zarsuki świetnie jeździł na nartach i bardzo rzadko upadał. Raz jeden, podczas wycieczki na Zawrat, zdarzyło mu się spadać w dół i wtedy uratował mu zdrowie, a może i życie poczciwy dwumetrowy "bambus", inaczej alpenstock, czyli kij alpejski - nieodłączny towarzysz wycieczek narciarskich pionierów "białego szaleństwa" w Tatrach i Karpatach Wschodnich. Zaruski spadał w dół i nie potrafił się zatrzymać, prawdziwie była to śmiertelna jazda, jak o takich i podobnych chwilach pisał potem, po latach w "Na bezdrożach tatrzańskich", książce godnej polecenia każdemu miłośnikowi gór. Tak pisał: – Pierwsza myśl, stać, zatrzymać się. Ale jak? Narty leżą na lodzie bezwładnie. Wykręciłem się więc twarzą do lodu i "pazdury" zamknięte w grubych rękawicach wpiłem w podłoże. Skutek był taki, jak gdybym po szkle wodził palcami... Rozpacz. Stój, stać! – krzyczał mi instynkt samozachowawczy do ucha. Jechałem już bardzo szybko... Trzask prask – chmura śniegu, skończyło się. Nie, nie skończyło, bo lecę dalej, wcale nawet wygodnie leżę na śniegu i spadam... A może ta rzecz się dzieje na tamtym świecie? Nie, niedorzeczność, Czarny Staw przede mną, lecę do Czarnego Stawu, niezawodnie już spadłem ze ściany... ale cóż tam szoruje i dzwoni nade mną? Oglądam się, kij, mój własny, wzruszony widocznie moją niedolą popędził za mną, a że był mniejszy i bardziej śliski, więc mnie dogonił... Sięgnąłem ręką po niego, po chwili miałem go już pod pachą i prułem śnieg z całej mocy... uuf dobra była jazda, trochę tylko za prędka! Gorąco!... Uczestnicy wycieczki widzieli mój upadek i ze szczerym przerażeniem stwierdzili, że ze mnie już trup, albo, w najlepszym razie, nieboszczyk. Jakże byli zdziwieni, gdy wyjrzawszy u góry ze ścian progu, spostrzegli owego nieboszczyka, stojącego na nartach i zapalającego papierosa.

Jak Oppenheim spadał w Babie Nogi

J OPPENHEIM NA DLUGIM UPLAZIE PRZED RAKONIEM
Fot. ze zb. Wojciecha Szatkowskiego


Każdy z narciarzy ma w swoim narciarskim żywocie moment niezbyt przyjemny kontaktu ze śniegiem – czyli upadek. Dawniej, w czasach pionierów narciarstwa i turystki uważano upadek za coś zupełnie nieprzyzwoitego. Na kursach ZON TT uczono hamowania dwumetrowym bambusem na stromym zboczu, zjeżdżano wolno, ale upadki zdarzały się nawet najlepszym. Przypomnijmy jak to Opuś, Józef Oppenheim poleciał kiedyś w Babie Nogi, jak nazywa się wielki żleb spadający z wierzchołka Kamienistej wprost do Doliny Pyszniańskiej. Było to podczas wiosennej wyprawy narciarskiej właśnie na szczyt Kamienistej. - Na Przełęczy Pyszniańskiej narciarze trafili na szreń, a pod Kamienistą na wypolerowany wiatrem lód. Nie nosiło wtedy bractwo raków w plecaku na co dzień. Nie stać ich było na luksus pełnego ekwipunku górskiego. Podczas gdy starsi i ostrożniejsi deliberowali, co robić, Oppenheim, zniecierpliwiony zwlekaniem, na los szczęścia puścił się po szreni. Kiepskie narty, o mocno już zaokrąglonych kantach, nie wytrzymały pędu po stromiźnie. Ślizgając się po twardej nawierzchni, zaczęły ponosić ku przepaści niefortunnego amatora jazdy za wszelką cenę. W pewnym momencie Józio machnął kozła, upadł i poleciał z pieca na łeb prosto w rozwarte Babie Nogi, jak zwykli nazywać górale żleb odchodzący spod szczytu Kamienistej ku wylotowi Pysznej. Towarzysze struchleli. Józio, wymachując bambusem, spadał w zawrotnym tempie. Wreszcie znieruchomiał, hen, na samym dole. Nie reagował na wołania, choć towarzysze raz po raz krzyczeli: "Józiu! Józek!". Nie odpowiadał ani głosem, ani ruchem. Markotni przyjaciele ruszyli po towarzysza. Minęły dobre dwie godziny, zanim lawirując, tędy i owędy, na nogach i na nartach dotarli do leżącego nieruchomo Józia. Żył, ale jedyną oznaką życia były nieustanne mdłości {W. Gentil – Tippenhauer, S. Zieliński, W stronę Pysznej}. Takie upadki uczą. W swoim przewodniku narciarskim po Tatrach Józef Oppenheim ostrzegał przed "jazdą za wszelką cenę" po szreni i lodzie oraz przed nieopatrznym przejeżdżaniu przez nawisy śnieżne, co grozi według niego lawiną. Sam narciarzem był doskonałym, w terenie poruszał się niesłychanie szybko i pewnie, jak wspominają jego przyjaciele. Słynny był jego zakład z Bronkiem Czechem i Rafałem Malczewskim o zjazd terenowy Doliną Niewcyrki. Stara szkoła zwyciężyła i Oppenheim pokonał tych znakomitych narciarzy.

Narciarz w Karpatach Wschodnich
Fot. Maksymilian Dudryk


Dawne upadki skoczków na Wielkiej Krokwi

Upadki odnoszą się także do skoczków. Aby ubarwić ten tekst posłużę się wspomnieniem pana Mariana Woyny-Orlewicza, którego niedawno odwiedziłem w jego domu (pan Marian niedawno skończył 94 lata, ale pamięta szczegóły przedwojennych startów z niesamowitą dokładnością), który wspomina także trochę zabawne, bo upadki na Krokwi: - Kiedyś na Krokwi było dużo upadków już na zeskoku skoczni. Działo się tak dlatego, że na wiosnę górale, do których należały pola pod Krokwią, wywozili nawóz na łąki na dole zeskoku i było tam często kilka kopek takiego gnoju. Stąd nieraz zawodnicy już po lądowaniu musieli je omijać, ci którzy robili to nieskutecznie, lądowali na stwardniałej kupie gnoju

Ciężkie upadki miały miejsce podczas FIS 1939 w Zakopanem. Skocznia miała po sobotnich przymrozkach twardy zeskok, który posypano solą (zwłaszcza na progu by zmiękczyć lód - przyp. autorów). Kierownik konkurencji i skoczni, płk Franciszek Wagner podjął słuszną decyzję o poprawieniu zeskoku Krokwi. Dlatego "deptacze" szatkowali zmarzły zeskok. Mimo to zdarzały się upadki kilku zawodników, zwłaszcza że skoki były długie - nawet powyżej 70 i 80 metrów. Zdarzały się także podczas konkursu sytuacje naprawdę komiczne. I tak Niemiec Aschenwald (olimpijczyk z 1936 r.) upadł w czasie skoku na 71 m. Do leżącego na zeskoku narciarza podbiegli natychmiast członkowie Pogotowia Górskiego TOPR, odpowiedzialni za bezpieczeństwo podczas zawodów. Zawsze stali i stoją na zeskoku skoczni, aby ratować zawodników znajdujących się w potrzebie. Prawie nieprzytomnego zawodnika wsadzono do toboganu, ale nagle lekko oszołomiony Niemiec zerwał się i biegiem uciekł z zeskoku skoczni, co wywołało uciechę i salwy śmiechu wśród widowni. Być może przestraszył się mocno, gdy zobaczył pochylone nad sobą twarze ratowników TOPR; ich sumiaste wąsy, zarośnięte twarze - pomyślał pewnikiem, że to sami Wszyscy Święci pochylają się nad nim. Innego ratunku nie było - dał przysłowiowego dyla, uciekając z zeskoku przez stanowiska publiczności. Był to fakt na tyle zabawny, że został dość dokładnie opisany w polskiej prasie sportowej tamtego okresu, w "Raz dwa trzy" i relacjach z zakopiańskiego "Fisu".

Przeskok przez nawis
Fot. ze zb. Wojciecha Szatkowskiego


Czasami upadek kończy się urazem, nawet złamaniem najbardziej potrzebnej narciarzowi kończyny, czyli nogi. Kiedyś dwie młode dziewczyny złamały nogi prawie jednocześnie w Kotle Goryczkowym. Wysłano po nie z toboganami dwóch słynnych ratowników tatrzańskich: Józefa Wawrytkę i Tadeusza Gąsienicę-Giewonta. Ranne załadowano na dwa tobogany i ratownicy ruszyli w dół. Tadeusz Gąsienica Giewont jechał pierwszy, ale jak wyprzedził Wawrytkę, zwolnił i oglądał się do tyłu, czy jego kolega zjeżdża, a wtedy Wawrytko wesoło zawołał: - Tadek, ty sie na mojom panienke nie obzieroj, bo mos swojom! I zjechali do Kuźnic w znakomitym nastroju. Kobiety też. Kiedyś znanego z poczucia humoru przewodnika tatrzańskiego, Józefa Krzeptowskiego "prasnęło" podczas zjazdu z Kasprowego Wierchu w Starych Szałasiskach. Ten klęknął na śniegu i się przeżegnał, a cały był pokryty białym puchem. Jego kolega zapytał: - Józek, co się stało?. A "Ujek" odpowiedział: - Dziękuję Bogu, ze to śnieg a nie błoto (opowieść tą opowiedział mi Józef Pitoń).

Trwa kolejny sezon narciarski, ruszajmy więc na deski, a te dawne opowieści o dawnych zjazdach, ale i upadkach sprzed lat prawie stu niechaj nadal wzbudzają uśmiech na naszych twarzach, bo upaść w śnieg i podnieść się, to w końcu ludzka rzecz...

Wojciech Szatkowski, Muzeum Tatrzańskie