Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Ludzie

Cudowna samotność w fesz feszu

Dodano: Poniedziałek, 2 marzec 2015 / Ilość wyświetleń: 2830Rafał Sonik na Kasprowym Wierchu - po powrocie z Dakaru. Fot. Mateusz SzelcCo łączy rajd Dakar z Kasprowym Wierchem? Jakie są sekrety zwycięstwa w najtrudniejszym rajdzie świata? Jakie są mocne, a jakie słabe strony zwycięzcy Dakaru? Co je na trasie rajdu, i po co mu na Dakarze czerwone wino? Zapraszamy do lektury wywiadu z Rafałem Sonikiem - zwycięzcą tegorocznego rajdu Dakar w kategorii quadów, twórcą portalu Nasz Kasprowy. Wywiad przeprowadzono w Zakopane, po powrocie Rafała Sonika z Ameryki Południowej.

Widzę cię pierwszy raz po Dakarze i w oczy rzuca się twoja wychudzona sylwetka :-)

Wychudzona nie jest, bo - o tu, w pasie - mam jeszcze 2 kilo zapasu... Ale rzeczywiście podczas rajdu straciłem nieco ponad 7 kg wagi. Wiedziałem, że tak będzie. Najbardziej humorystyczna wersja opisu Dakaru brzmi zresztą, że są to najdroższe, choć może nie najbezpieczniejsze, wakacje odchudzające na świecie. Jeśli chcesz stracić sporo wagi – jedź na Dakar. Quadowcy tracą najwięcej – bo wykonują najwięcej fizycznej pracy. Tracę średnio 6 – 8 kg wagi podczas rajdu. Jestem z tego bardzo zadowolony, bo dokładnie sprawdza się mój przepis na cykl - skądinąd też nieco humorystyczny – mianowicie „wszystko jedno, gdzie się żyje, raz się chudnie, raz się tyje”, jak śpiewa Kuba Sienkiewicz. Więc przed zawodami nabieram masy – i to nawet nie masy mięśniowej, bo ona nie bardzo się przydaje. Potrzebna jest wytrzymałość mięśnia, a jak wiadomo, mięsień smukły jest wytrzymalszy. Natomiast gromadzę ok. 4-5 kg zapasu tłuszczu, ponieważ on później – jak u wielbłąda – okazuje się być rezerwuarem, z którego czerpię na długich odcinkach.

Fot. Marian Chytka/Webventure


Jak wygląda twoje jedzenie już w trakcie rajdu?

1 - 2 banany rano przed odcinkiem specjalnym, do tego specjalne energetyczne mleko zawierające dodatkowe składniki odżywcze, guarana, baton – klasyczny powerbar - i dużo wody z elektrolitami. Absolutnie nie wolno pić samej wody, ponieważ po 2 – 3 dniach wypłukuje minerały. Jeśli w połowie rajdu wypijesz dużą butelkę wody, to aż czujesz pustkę w ciele - nic nie zostaje, żadne składniki energetyczne. Dlatego zalecany jest izotonik. Trzeba przy tym pamiętać, że płyny pijemy w temperaturze od 0 do prawie 50 stopni. Słońce pali w plecy, dochodzi jeszcze ciepło od organizmu i pojemnik, który mam na plecach ma temperaturę ponad 50 stopni. Tak jakby jeść gorącą zupę w środku upalnego dnia...Więc płyn musi mieć odpowiedni skład, żeby się to po prostu dało pić przy wysokiej temperaturze, pomijając oczywiście konieczność zachowania właściwości odżywczych takiego płynu.

Fot. Marian Chytka/Webventure


Co jest dla ciebie najtrudniejsze w trakcie rajdu? Co ci najbardziej daje w kość?

Zawsze najtrudniejszy jest brak snu. Na moich pierwszych Dakarach spałem 3-4, czasem 5 godzin na dobę. To oczywiście jest fajnie przez 2 – 3 noce, jesteś ciągle pobudzony, masz ciągle podniesiony poziom adrenaliny, ale po 3 - 4 dniach odcina ci prąd. Podobno kokaina coś takiego daje. Nie wiem, bo nigdy nie zażywałem narkotyków. Jesteś nakręcony, nakręcony, a potem padasz. Ten kredyt energetyczny wynikający z braku snu na Dakarze jest takim cichym zabójcą. Bo mało kto, w tym również członkowie teamu – orientują się – że nie śpiąc, jadą na kredycie energetycznym, bo adrenalina utrzymuje cię w fałszywym przekonaniu, że wszystko jest świetnie. A później, po 3 – 5 dniach spania po 3-4 godziny na dobę, jak już siadasz, to bezpowrotnie. Nie możesz tego kredytu jednorazowo odespać. A wcześniej zaczynasz popełniać coraz gorsze i coraz głupsze błędy. Więc moim największym odkryciem na tym Dakarze, do którego długi czas się przygotowywałem, było takie rozplanowanie doby, dzięki któremu spałem o ok. 2 godziny dłużej. Rozpisałem co do minuty wszystkie poprzednie Dakary. Oczywiście nie ma sposobu, jeśli coś się zepsuje na odcinku – musisz to naprawić, przyjeżdżasz godzinę - dwie później, ale jeśli nic takiego się nie dzieje, to trzeba tak zorganizować swój czas między dojazdem do biwaku a zaśnięciem, żeby na nic nie stracić ani minuty więcej niż to jest konieczne. Dlatego że wtedy zostaje 5 – 6 godzin snu, a czasem 6+. A to zupełnie zmienia fizjologię w trakcie rajdu. Oznacza to, że - aby utrzymać się w stanie koncentracji i nie popełniać błędów – nie potrzebuję już tego zastrzyku adrenaliny, który się w pewnym momencie kończy. Jestem w stanie funkcjonować na niewielkim kredycie fizjologicznym, który mogę po kilku dniach spłacić kilkoma dłużej przespanymi nocami. Chodzi o noc przed dniem przerwy - kiedy przyjeżdżam po odcinku i następnego dnia mogę spać nawet do 10; i po dniu przerwy, kiedy mogę pójść spać nawet o 20, by wstać o 5 rano. Dzięki temu, że teraz śpię na Dakarze dłużej, poziom deficytu snu jest kompletnie inny niż podczas poprzednich Dakarów, a to oznacza również, że popełniam dużo mniej błędów, co z kolei spłaca się tym, że mam niższy poziom stresu, a w efekcie mogę utrzymać wyższy poziom koncentracji.

Fot. Marian Chytka/Webventure


Nie zasypiasz na quadzie?

Nie. Może 2 razy zdarzyło się, że nad dużych wysokościach przy niskich temperaturach wpadłem w taki rodzaj powiedzmy wstępnej hibernacji Poruszałem się na granicy fizycznej i umysłowej hibernacji. Nie chodzi o to, że zamarzasz, ale jesteś w stanie półświadomości, takiego letargu.

Na jaką największą wysokość wyjechałeś?

4980 m n.p.m. Nie byłem nigdy wcześniej na takiej wysokości. W tym roku to nie było jedyne ekstremum. W ciągu tego samego dnia kilka razy wyjeżdżaliśmy bardzo wysoko, po czym zjeżdżaliśmy nisko, i ponownie czekały nas kolejne podjazdy i jazdy. Zatem mieliśmy kilkukrotne skoki temperatur, ciśnień, składu powietrza. To było niesamowite. Jedziesz w dół – wpadasz w taki rodzaj naładowania, euforii, po czym kiedy znów jedziesz do góry, czujesz, jakbyś miał na głowie taki rodzaj pończochy. Jakby między tobą a rzeczywistością był rodzaj filtra, przez który rzeczywistość dociera tylko w pewnym stopniu. Zaczynasz patrzeć na wszystko wirtualnie i myślisz: zaraz się pewnie obudzę. Niestety w takich warunkach jeśli popełnisz błąd – to boli. A z kolei nie masz w głowie ostrzeżenia „nie popełnij błędu”. Wtedy wychodzi, jaką dużą dyscyplinę narzuciłeś sobie wcześniej, czyli jak się przygotowałeś do tego okresu świadomościowego snu. Przedziwne reakcje organizmu, zresztą piszą o tym himalaiści.

Fot. Marian Chytka/Webventure


A jak jest z samotnością na rajdzie?

Cudowna!

A nie obciążająca?

Dla mnie cudowna. Moi znajomi ciągle zwracają mi uwagę: „jak to jest, że ty nigdzie nie jeździsz sam?” – w tym momencie nie o rajdach mówię, tylko sytuacjach codziennych. „Tu jedziesz z kolegą, tu z koleżanką, tu z rodziną, to z grupą przyjaciół. Nigdzie nie jesteś sam”. Ja specjalnie tak robię. Dlatego wyjeżdżając na rajd jestem - nie chcę żeby to źle zabrzmiało – trochę zmęczony ludźmi. Ale ja to robię z pełną premedytacją. Czuję odmianę, której każdy człowiek potrzebuje. Jak wracam - to znów do ludzi. I jestem za nimi stęskniony. I pierwsze, co robię po powrocie do Polski, wyjeżdżam na Kasprowy i spotykam przyjaciół. Robię tak, by się naładować obecnością ludzi i nacieszyć tym, że będę sam przez dłuższy czas. Dlatego moja samotność jest cudowna. I jest jeszcze coś podczas rajdu, czego nie mam na co dzień – czas do przemyśleń.

Fot. Marian Chytka/Webventure


Ale pytam o samotność również w takim kontekście, że jesteś sam, zdany na siebie, w ekstremalnych warunkach. Nie boisz się?

Nie, nie boję się. Boję się tylko głupoty. W poprzednich latach chcąc być miłym czy dogodzić komuś rezygnowałem w dużej części ze swojego skoncentrowanego czasu i ze snu. Puknąłem się w końcu w głowę i pomyślałem: jeśli chcesz wygrać Dakar, to musisz się skupić na sobie. Musisz się skupić tylko na tym, co służy tobie i twojemu wynikowi, a nie na tym, żeby jeszcze tego czy tamtego zadowolić, i jeszcze zrobić ileś innych rzeczy. Robiłem tak, nie wyrzucam sobie tego, ale musiałem coś odciąć, żeby móc się skupić wyłącznie na tym, co mnie doprowadzi – prawdopodobnie, bo żadnej gwarancji nie miałem – do wyniku. Zrealizowałem plan i jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Zresztą patrząc na ostatnie cztery Dakary – czyli w 12. byłem 4, w 13. - 3, w 14. - 2, w tym roku pierwszy - coś w tym musi być. To nie jest tak, że w każdym z tych rajdów miałem więcej szczęścia, a teraz najwięcej. Oczywiście miałem – ale szczęście sprzyja dobrym.

Fot. Marian Chytka/Webventure


Czy wyprowadziło cię coś z równowagi podczas rajdu?

Raz na metę odcinka specjalnego przyjechałem wzburzony. To był pierwszy etap po Salar de Uyuni, czyli odcinek specjalny Iquique - Calama. Jechałem ze świadomością, że będzie to jeden z decydujących etapów tego rajdu. Taki, gdzie różnice między zawodnikami w czołówce mogą wynosić nie 3 minuty, tylko pół godziny – godzinę. I byłem bardzo dobrze przygotowany mentalnie na ten odcinek, ale nastąpiło coś, co nastąpić niestety musiało. Mianowicie po etapie, w trakcie którego jechaliśmy przez Salar, czyli przez roztwór soli, mechanicy musieli od wieczora do następnego dnia rano rozebrać quad, wypłukać go w słodkiej wodzie, i ponownie złożyć. W takiej sytuacji w warunkach biwakowo – polowych istnieje ryzyko, że coś nie będzie idealnie. I niestety – najpierw w trakcie jazdy odkręcił mi się bak. Wszystko zaczęło fruwać, musiałem trzymać kolanami bak, dotrzymałem tak do tankowania, naprawiłem, ale później zaczęła psuć się instalacja elektryczna, i tak po kolei różne rzeczy. Na szczęście miałem iskrę na świecy, natomiast na pustyni w fesz feszu – strasznym pyle – zaczęła psuć się instalacja elektryczna. Straciłem przewijarkę – musiałem przewijać palcami. Jedną ręką trzymam kierownicę, drugą ręką przewijam, i patrzę przed siebie nawigując, bo przewijarka elektryczna straciła zasilanie. To jeszcze był pikuś. Później straciłem zasilanie pompy, która przepompowuje paliwo z dolnych zbiorników do górnego zbiornika. Więc wyjechałem to paliwo z górnego zbiornika do cna, i jak już troszeczkę na kamieniach mogłem stanąć, żeby nie robić tego w fesz feszu – butelka, wężyk i tak przelałem 40 butelek paliwa, bo miałem półlitrową butelkę - z dolnych zbiorników do górnego zbiornika. Więc możesz sobie wyobrazić jak się czułem, kiedy widziałem, że wszyscy jadą, a ja stoję i jedną ręką trzymam akumulator, a drugą przelewam. No i jak zobaczyłem Ignacio Casale, który też miał jakieś problemy techniczne, to on miał takie oczy, że ja tu stoję, a nie jadę pół godziny przed nim, a był po prostu roztrzęsiony, a ja miałem takie oczy, że on jest tu, a nie pół godziny przede mną. To są momenty, w których musi sprzyjać jakiś rodzaj szczęścia. Bo jak on by mnie wtedy odsadził na te pół godziny, czy 40 minut, gdyby się nie pomylił w nawigacji, to układ sił by się zmienił i cała reszta rajdu mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Właśnie w tym miejscu trzeba było mieć szczęście, miałem je, i bardzo się z tego powodu cieszę. Były też inne sytuacje, długo opowiadać...

Fot. Marian Chytka/Webventure


Jakie są twoje mocne strony, które pomagają ci w Dakarze?

Mocną stroną jest to, że jestem Polakiem z lat 70., 80. i 90. Pamiętam bardzo dobrze, jak staliśmy w kolejce po telewizory, albo po pralki, albo ile trzeba było wysiłku, żeby kupić sobie pierwsze adidasy, albo pierwsze dobre narty. Więc żadne proste trudności mnie nie przerażają. Nie przeraża mnie piasek w butach albo lód za kurtką. Właściwie nic nie jest dla mnie większym obciążeniem. Zdaję sobie sprawę z tego, że ciało człowieka jest w stanie wytrzymać wielokrotnie więcej niż nam się wydaje. Cieszę się, że jestem Polakiem i mam te cechy. Proste trudności nas nie przerażają. W Calamie na biwaku tak wieje, że trzeba chodzić w goglach. Ludzie się kulą, chodzą po omacku... A ja zakładam gogle, worek foliowy zamiast majtek, i już! Od tego począwszy przez wszystkie kolejne rzeczy. A jeżeli chodzi o stronę sportową, od 2013 przygotowując się do Dakaru zdecydowanie przesunąłem akcent pomiędzy treningiem a rozciąganiem. Radykalnie więcej się rozciągam niż wcześniej. W trakcie rajdu przewróciłem się 2 razy , i były to konkretne dzwony. Byłem bardzo potłuczony i poraniony, ale praktycznie otrzepałem się i jechałem dalej. Dlaczego? Bo jestem tak rozciągnięty. Rozciąganie to jest największe odkrycie moich 2 ostatnich lat. Niesamowicie wiele daje i jest niedoceniane przez znakomitą większość sportowców! Większości się wydaje, że trenowanie polega na podciąganiu poszczególnych parametrów, a wśród nich nie mieści się w ogóle elastyczność! A elastyczność decyduje m.in. o urazach, w tym również mikrourazach, które kumulując się osłabiają odporność na poszczególnych etapach. Rozciąganie. I sen, sen, sen. A nikomu nie powiem największej tajemnicy, bo się boję, że dostanie się do konkurencji – bo wiadomo, że monitorujemy się nawzajem :-) I oczywiście codziennie porządna dawka dobrego wina – to jest niezastąpiony element odbudowy z dnia na dzień. Najpierw – przy 90 kg – piję 2/3 butelki wina, piję powolutku. Potem coraz mniej i mniej i na koniec rajdu starcza mi w zupełności szklanka. To picie jest rozłożone na ok. 2 godziny. Bo co powoduje taka „kroplówka” z alkoholem? Zwiotczenie mięśni. Czyli wspomaga proces regeneracji – ale nie wolno wypić więcej, bo momentalnie zaczyna wyrządzać szkody, czyli zatruwać. Masażysta, który mnie mechanicznie reanimuje, plus szklanka dobrego wina sprawia, że po 4 godzinach jestem całkowicie zrelaksowany, jeżeli dodam do tego odpowiednią dawkę snu to – oczywiście mając reżim treningowy za sobą – powoduje, że rano wstaję świeży.

Fot. Marian Chytka/Webventure


A słaba strona?

Panika. Na przykład na dużej wysokości, gdy zdarzyło mi się, że łańcuch był za luźny, musiałem bardzo nad sobą pracować – oddychać, liczyć, by uspokoić się, bo nie mogłem, naciągając łańcuch, złapać tego idealnego 2,5-centymetrowego luzu. Złe umocowanie łańcucha skutkuje tym, że albo się urwie, albo się zakleszczy. Czas leci, zaczynasz wpadać w panikę. To jest duże wyzwanie. Gdy pojawia się problem, na naprawę mam maksimum 3 minuty, a wiem, że za minutę powinienem odjechać. Pot zaczyna cieknąć po plecach. Wtedy muszę być w żelaznej dyscyplinie. Muszę odejść na minutę od pracy – nawet jeżeli to jest minuta stracona - pooddychać, złapać inną perspektywę, i wtedy trafiam w idealne miejsce z naciągnięciem łańcucha.

Jak godzisz Dakar i rajdy z pracą – działalnością przedsiębiorcy -
i „normalnym” życiem?


Kiedyś zapytano założyciela i właściciela południowokoreańskiego koncernu, jak to się stało, że stworzył go w ciągu 30 lat, gdy Amerykanie na to samo potrzebowali 120 lat. Odpowiedział: „po prostu trzeba zap... lać 2 razy więcej”. W praktyce musisz mieć świetną organizację, oraz zespół ludzi, na których się opierasz.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek