Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Ludzie

Szczęściara z Kondratowej

Dodano: Sobota, 22 listopad 2008 / Ilość wyświetleń: 10371Iwona Haniaczyk na werandzie schroniska. Hala Kondratowa.<br />Fot. Z archiwum Iwony Haniaczyk

Hala Kondratowa to jedno z miejsc w Tatrach, do których zawsze chce się wracać. Malutkie schronisko, położone na urokliwej polanie u stóp Giewontu, wabi jak magnes kolejne pokolenia turystów tatrzańskich. I mimo że prowadzenie schroniska wiąże się z ciężką fizyczna pracą, jego gaździna, Iwona Haniaczyk, nie zamieniłaby swojej pracy na żadną inną. - Mam przecież najpiękniejszy widok z „biura” - na Czerwone Wierchy i Kasprowy Wierch - mówi.



Iwona i Kazimierz Gąsienica Byrcyn, przewodnik tatrzański, ratownik TOPR


W tym roku Kondratowej „stuknęła” sześćdziesiątka. W 1948 r. schronisko zostało wniesione dzięki zaangażowaniu zakopiańskiego oddziału PTT, a jego pierwszym gazdą był Stanisław Skupień - znany zakopiański narciarz, olimpijczyk (1932 – Lake Placid), zawodnik klubu SN PTT i medalista mistrzostw Polski w biegach narciarskich. To on stworzył rodzinną, kameralną atmosferę schroniska, którą można odczuć i dzisiaj. Potem schronisko prowadził Andrzej Skupień, a od jego śmierci gaździną na Kondratowej jest Iwona Haniaczyk. To już trzecie pokolenie Skupniów na Kondratowej.


- Pracę na Kondratowej moja rodzina zaczęła 60 lat temu. W tym roku mamy rocznicę. Ostatnie gonty na dachu schroniska przybijał mój dziadek, Stanisław Skupień, kierownik schroniska, który w pracował w nim przez następne 30 lat. Potem gazdował na Kondratowej Andrzej Skupień, a ja jestem tu od 2002 roku. Czyli ta moja gazdówka w górach dopiero się rozpoczęła. Jestem wielką szczęściarą, bo robię to, co lubię. Praca w górach nie jest wypoczynkiem, jak sobie wielu to wyobraża, to ciężka harówka. Mam sytuacje w schronisku, które wymagają dużo ciężkiej, fizycznej pracy. Najgorszy jest okres przejściowy pomiędzy jesienią a zimą, a także pomiędzy wiosną i latem, gdy transport jest utrudniony, a towar i zaopatrzenie musimy do schroniska donieść na plecach. Noszę ten towar ja, personel schroniska, ludzie, których prosimy o pomoc. Robimy wszystko, by schronisko funkcjonowało jak najlepiej. Zimą do schroniska można dotrzeć skuterem. Najpierw zaopatrzenie przewozimy z hurtowni do Kuźnic, potem przeładowujemy wszystko na skuter, który ma przyczepkę, i przewozimy do schroniska. Latem sprawa nie jest tak skomplikowana, bo wszystko wywozimy samochodami terenowymi drogą gospodarczą.



Krótki odpoczynek po wywiezieniu zaopatrzenia na Kondratową.
Fot. Z archiwum Iwony Haniaczyk


Ludzie chętnie tu śpią. Gdybyśmy mieli więcej miejsc, byłoby ich z pewnością jeszcze więcej. Robimy często wcześniejsze rezerwacje. Punktem spotkań w schronisku jest jadalnia, tam wszyscy po rozpakowaniu plecaków w pokojach spotykają się i rozmawiają. Odbywa się wspólna biesiada, ludzie się poznają, opowiadają o sobie, co kto widział, jakie dalsze trasy ma w planie itd. Jest u nas bardzo sympatycznie i rodzinnie i nie jest to tylko moja ocena. Mamy wielu fantastycznych gości, którzy z pewnością są godni miana tatrzańskiego turysty. Były też śmieszne historie. Kiedyś w sezonie letnim przyszło na Kondratową małżeństwo z małymi dziećmi. Dotarli jużi po ciemku, nie mieli latarek, oświadczyli, że mają u nas rezerwację. Sprawdziłam, a ponieważ rezerwacje robimy bardzo skrupulatnie, wiedzieliśmy, że Ci Państwo tej rezerwacji nie mają. Poinformowaliśmy ich o tym, a oni powiedzieli nam, co mieli do powiedzenia… Mieliśmy komplet. Próbowaliśmy jakoś załagodzić sytuację. A przez okno słyszałam jak ze sobą rozmawiali: - A mówiłam Ci, że na tym Ornaku to trzeba dzwonić po trzy razy!... Śmiechu było sporo, bo oni myśleli, że trafili na Ornak w Kościeliskiej, a nie na Kondratową. Miejsce dla nich znaleźliśmy, w malutkim pokoiku, podłogę wyścieliliśmy materacami, żeby wszyscy się przespali, i by wszystko zakończyło się szczęśliwie.


Ważny jest pierwszy kontakt z turystą. Miły uśmiech, szybkie zagotowanie wody na herbatę. Czasami trzeba odpowiedzieć na pytanie: - A jak długo się idzie na Giewont? A daleko stąd na Kasprowy? Obsługa schroniska tworzy rodzinną atmosferę. - To muszą być wyjątkowi ludzie, którzy potrafią się znaleźć w każdych warunkach. Personel mam wyjątkowy, jestem z nich bardzo zadowolona i dumna, i obyśmy mogli pracować jak najdłużej w takim składzie. Świetnie łapią kontakt z turystami, dostajemy wiele pocztówek z podziękowaniami z terenu całego kraju i świata. Mamy też księgę wyjść, ale tradycyja wpisywania się zamarła. Ostatnie wpisy były dokonywane kilka lat temu.My bardzo prosimy o to, żeby napisali gdzie idą, podali imię, nazwisko i ew. numer telefonu dla bezpieczeństwa.



Spotkanie Ludzi Kasprowego na Kondratowej.
Fot. Zbigniew Janusz


Na Kondratową zachodzą także zwierzęta. Małe i duże, ostatnio nawet niedźwiedzie coraz chętniej zaglądają w te strony. - Niedźwiedzie brunatne gdzieś od ostatnich 5 lat coraz częściej trafiają na Halę Kondratową. Była to niedźwiedzica „Siwa” z dwójką, potem z trójką małych. Chodziły sobie na borówki, na grzyby. Nigdy z nią nie było jakiś większych problemów, ale 2-3 lata temu szlak turystyczny z Kondratowej na Przełęcz pod Kopą Kondracką został zamknięty, ponieważ było sporo turystów, a ona ze swoimi maluchami pasła się bardzo blisko szlaku na Giewont i na Przełęcz. A turyści dość często wchodzili pomiędzy niedźwiedzicę i jej dzieci, co było niebezpieczne. Niedźwiedzica stawała na tylnich łapach, "fuczała" w stronę turystów. Dwa razy wychodziliśmy po grupę ok. 20 osób, które bały się ruszyć z miejsca, gdyż niedźwiedź był na ścieżce. Nie było żadnego zagrożenia, ale oni byli tak przerażeni, że musieliśmy wszystkich zebrać i sprowadzić w dół do schroniska. Kiedyś, gdy jechałam samochodem, dosłownie kilka metrów przede mną „Siwa” przeskoczyła przez drogę z maluchami na słynnym kondrackim "esie". Ja byłam chyba bardziej przerażona od niedźwiedzi, a przecież siedziałam w samochodzie... Oprócz niedźwiedzi odwiedza nas jeleń "Asfalt". Rok temu nas zdradził i przez całe lato był w innym rejonie, w tym roku wrócił piękny, cudowny, z wielkim porożem. Ale ostatnio nie pokazywał się w takiej krasie jak kiedyś, gdy stał zaraz w pobliżu szlaku, dosłownie kilkanaście metrów od szlaku. Ma podobno ok. 14 lat. Pojawiły się też wilki. Podchodzą nawet dosyć blisko do schroniska, dlatego myślę, że po zmroku turyści powinni bardzo uważać.



Z jadalni schroniska widać góry.
Fot. Wojciech Szatkowski


Przyjaciele schroniska. - Jest sporo takich osób. Przede wszystkim ludzie, którzy od młodzieńczych lat związani byli z Kondratową i Kasprowym. Oni chętnie wracają w te strony. Do tego doszła grupa Rafała Sonika z Krakowa. Od jakiegoś czasu robimy cudowną rzecz. Pan Rafał Sonik poprzez spotkania w schronisku przywraca pamięć ludzi, którzy byli i są bardzo blisko związani z górami, z Kasprowym, z narciarstwem, jak również pamięć o ludziach, którzy pracowali na rzecz kolejki na Kasprowy Wierch. Wśród nich są także ratownicy Pogotowia Tatrzańskiego TOPR, jak chociażby pan Józef Uznański, który nam opowiadał o swoim słynnym skoku z kolejki na Kasprowy w czasie II wojny światowej. Zawsze jest z nami, jest w świetnej formie, ma świetny dowcip. Bardzo się cieszę, gdy go widzę, tym bardziej, że był to bliski znajomy mojego dziadka. Wszyscy ci ludzie są w trakcie takich spotkań przypominani, historia każdego z nich jest tutaj opowiedziana i wysłuchana, powstaje o nich materiał filmowy. To wspaniała inicjatywa. Do grona przyjaciół zaliczam też przewodników tatrzańskich PTTK, braci Nodzyńskich, Jana Palidra i wielu innych. Z wszystkimi się przyjaźnię jako "wnuczka Skupnia", którego oni wszyscy dobrze pamiętają. Są też zwykli turyści, którzy przez 20, nieraz 30 lat przychodzili i przychodzą nadal do nas w gości, a jeśli już sami nie mogą przyjechać w Tatry, to przysyłają swoje dzieci lub wnuki. Tworzą się wielopokoleniowe rodziny, które mają związki z Kondratową, co mnie bardzo cieszy. Mówią: "przyszedłem tutaj, gdyż tu chodziła moja mama, mój dziadek" co jest bardzo miłe i bardzo się cieszymy, że mamy jeszcze wielu takich wiernych turystów. Szykujemy się niedługo do remontu schroniska. Mamy obecnie 20 miejsc do spania, 2 pokoje 6-osobowe i jedną ósemkę. Zapraszam wszystkich serdecznie na Kondratową.

Wojciech Szatkowski Muzeum Tatrzańskie