Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

O Kasprowym

Na nartach i na Harley/u

Dodano: Sobota, 25 październik 2008 / Ilość wyświetleń: 6741Józef Oppenheim na swoim Harley'u na Krupówkach. Fot. Ze zbiorów Wojciecha Szatkowskiego

Czy pamiętasz stare schronisko w Dolinie Zuberskiej? Tak przypominało dawną Pyszną…Tak rozpoczyna się książka W stronę Pysznej, napisana przez Wandę Gentil-Tippenhauer i Stanisława Zielińskiego. Zadedykowana jest Józefowi Oppenheimowi zwanemu Opusiem, naczelnikowi TOPR, narciarzowi, zakopiańczykowi z krwi i kości, mimo że pochodził z Warszawy. A więc chodźmy jeszcze raz w stronę Pysznej, do starego drewnianego schroniska-szałasu na niewielkiej polanie przy lesie. Wróćmy na chwilę do czasów, kiedy Opuś zajeżdżał pod Dworzec Tatrzański swoim Harleyem, uśmiechnięty wyciągał rękę do zgromadzonych u „Kapuchy” taterników lub narciarzy i mówił: - Cześć, chodźcie, idziemy na narty.

Oppenheima znali chyba wszyscy, którzy się otarli o Zakopane w okresie międzywojennym. Jedni kojarzyli go z pracą w Pogotowiu i z nartami, inni z pięknymi pocztówkami, reprodukowanymi ze zdjęć jego autorstwa i sprzedawanymi w zakopiańskich księgarniach, jeszcze inni - z długimi, narciarskimi wyrypami narciarskimi po tatrzańskich graniach. Narciarzem był znakomitym, uwielbiał jazdę w terenie, na przykład długi i piękny zjazd granią Hliny z Kamienistej na południową stronę Tatr, albo... narciarski trawers Kominiarskiego Wierchu. Znakował szlaki zimowe na Pyszną, Chochołowską i wiele innych. Zjazdów dokonywał w doborowym towarzystwie pionierów zakopiańskiego narciarstwa, takich jak Bednarski, Lesiecki, Świerz, Ziętkiewicz, Grossman. Zjazdy Niefcyrką, telemarki wykonywane na grani Czerwonych Wierchów, szusy z Rohatki, Lodowej, Polskiego Grzebienia, Żelaznych Wrót, spod wierzchołka Koprowego Wierchu, Krywania, Młynarza, świadczyły o klasie Opusia. Oppenheim miał na swoim koncie 23 pierwsze wejścia zimowe i narciarskie w Tatrach oraz kilka letnich. W Tatrach odkrywał narciarskie tereny, jak chociażby rejon Pysznej, owo narciarskie El Dorado, gdzie do późnego maja można było śmigać na nartach w Siwych Sadach. Wrósł na stałe w Zakopane lat dwudziestych i trzydziestych. Był powszechnie lubiany i szanowany. - Jeśli ktoś potrzebował pożyczyć „stówkę”, mógł na Józia prawie zawsze liczyć - pisał Rafał Malczewski.

Józef Oppenheim na Długim Upłazie.
Fot. ze zbiorów Wojciecha Szatkowskiego

Na wycieczki narciarskie zabierał swego ulubionego psa Bacę, owczarka podhalańskiego. Baca miał ciekawe zwyczaje: gdy któryś z narciarzy zbytnio wyprzedzał kolegów, łapał zębami jego kijek i przytrzymywał. Gdy z kolei ktoś zbytnio zwlekał, Baca popychał go mocno pyskiem, zachęcając do dogonienia przyjaciół.

Oppenheim pochodził z Warszawy. Był poszukiwany przez carską policję za działalność socjalistyczną, a w końcu aresztowany. Uciekł z więzienia w stolicy i po kilkuletniej tułaczce trafił pod Giewont. Uległ czarowi miejsca, jak wielu innych. Mieszkał w Zakopanem do śmierci w 1946 r.

Stał się nieodłączną cząstką miasta. Po południu, po dyżurze w Pogotowiu, zachodził na obiad do Dworca Tatrzańskiego, do Kapuchy, jak mówiono o właścicielce restauracji, Zofii Krzeptowskiej, na małą wódeczkę i pieczarki w śmietanie lub na ponoć ulubione przez niego naleśniki - „palaczinki”. Grywał tu chętnie w brydża z Kornelem Makuszyńskim.

W sierpniu 1912 r. został ratownikiem TOPR. W 1914 r. Mariusz Zaruski wybrał go na swego zastępcę w Pogotowiu, gdy wyruszał na wojnę. I Oppenheim pozostał kierownikiem TOPR do 1939 roku. Wybór Zaruskiego okazał się słusznym: Opuś wziął udział w 70 wyprawach Pogotowia, letnich i zimowych, zaopatrywał schroniska w apteczki Pogotowia, prowadził ratowników w teren, stworzył Pogotowie Górskie w Czarnohorze, a zespół przewodników góralskich prowadzony przezeń działał bez zarzutu. Nie dorobił się fortuny, długo chodził w starej kurtce i szarym swetrze z wycięciem, dopiero później kupił sobie kurtkę skórzaną z „barankiem”.

Kościelec.
Fot. Józef Oppenheim

Najtrudniejsza w owym czasie była wyprawa po ciało Wincentego Birkenmajera na Galerię Gankową, przeprowadzona w zimowych warunkach, kiedy o przysłowiowy włos nie doszło tragedii, gdy ciało taternika poleciało na trawersie do Rumanowej Przełęczy w przepaść. Sytuację uratował ratownik Wojciech Wawrytko, utrzymując linę, ale gdyby nie dał rady, ratownicy połączeni liną pospadaliby wszyscy w przepaść! Inną trudną wyprawą były wielodniowe poszukiwania ciał narciarzy w lawinisku pod Świńską Przełęczą, w styczniu 1939 roku, kiedy mrozy były tak wielkie, że styliska łopat trzaskały, a sondy lawinowe przymarzały do rąk. Oppenheim codziennie wracał na nartach przez Liliowe do Zakopanego, by rankiem znowu wrócić na miejsce akcji. Praca kierownika TOPR to także spotkania z rodzinami zabitych w górach turystów. Jakże musiało być ciężko Oppenheimowi, gdy mówił matce Marzeny i Lidii Skotnicówien o śmierci dziewcząt na piargach Doliny Pustej. Wypadków w górach było już wtedy (lata trzydzieste) dużo więcej niż w czasach Zaruskiego. Zdarzały się poważne wypadki lawinowe, np. pod Liliowem, czy na Kondratowej. Po takich wypadkach Oppenheim zaszywał się w górach na kilka dni.

W czasach rozwoju narciarstwa doprowadził do powstania stałych dyżurów ratowników TOPR na Gubałówce i na Kasprowym, gdy zaczęła już funkcjonować kolejka. Kasprowy był ważną dlań górą oraz strategicznym punktem na drodze jego wyryp narciarskich w Tatry Zachodnie.
Na wiosnę sprawdzał osobiście stan łańcuchów i ścieżek turystycznych.
Na swoim motocyklu, Harleyu-Davidsonie, „Opuś” podwoził ratowników do ujścia szlaków. Kierował trudnymi akcjami w skale i lodzie. Potrafił znakomicie organizować wyprawy. Gdy zdarzył się wypadek na Giewoncie, wysyłał ratowników góralskich jako pierwszy zespół, a sam zjeżdżał Harleyem na Krupówki, ponieważ wiedział, że potrzebuje taterników, bo szykuje się robota w skale. „Wyłapywał” ich wprost z ulicy - Wawrzyńca Żuławskiego, Tadeusza Pawłowskiego, Witolda Henryka Paryskiego. Tego ostatniego Oppenheim porwał na akcję z Krupówek w beżowym garniturze i letnich półbutach.
Do 1930 r. nie wziął ani grosza wynagrodzenia, czyli pracował społecznie przez pełne 16 lat! Mimo to niektórym nie podobało się, że to on prowadzi Pogotowie. Potem ustanowiono wynagrodzenie kierownika TOPR na 125 złotych miesięcznie. Utrzymywał się też ze sprzedaży swych pocztówek. W willi „Mieczyk”, gdzie mieszkał, miał pracownię fotograficzną. A praca w Pogotowiu była ciężka, honorowa - w kurniawie, mrozie, deszczu i burzy. Ale Oppenheim dokonał świadomego wyboru. Gdy kiedyś ktoś z przyjaciół spytał, czemu wzorem kolegów Józio nie pojedzie powspinać się w Alpy, Oppenheim zamyślony spojrzał w stronę Tatr i powiedział: - A Pogotowie? Był „przykuty” do Zakopanego pracą w TOPR i to „przykuty” świadomie. Sprowadzał do TOPR-u nowy sprzęt, np. składany bambus do noszenia rannych.

Na Kasprowym Wierchu.
Fot. Józef Oppenheim

Był skarbnikiem zakopiańskiego klubu SN PTT (1912- 1939) oraz wieloletnim działaczem Polskiego Związku Narciarskiego. Mimo że nie popierał zawodów narciarskich i kierunku sportowego w tych dyscyplinach, nie było niemal zawodów narciarskich w Zakopanem, których sędzią nie byłby Oppenheim. W 1939 r. uratował honor organizatorów FIS- u trasując trasę biegu (50 km) na Gubałówce. Odmroził wtedy palce u nóg. Wcześniej, w 1925 r., zajmował się z ramienia klubu sprawami Wielkiej Krokwi. W 1936 r. wydał przewodnik narciarski po Tatrach Polskich, będący owocem jego wieloletnich doświadczeń tatrzańskich. Język, w jakim napisał swoje dziełko o Tatrach, jest jedyny w swoim rodzaju, pełen polotu i humoru. Oto opis zjazdu pióra Oppenheima: - Bo czyż być może dla dobrego narciarza większa przyjemność, jak we wąskiej rynnie górskiej kręcić łuk za łukiem, opadając w dół wężowym śladem? Co za sprawdzian techniczny wycyrklowanych kristjanij, ślad szerokości paru metrów, lecący z pieca na łeb w przepaść. Albo, nieporównany, cholerycznie stromy las tatrzański, ów slalom wobec nieba, o chorągiewkach ze smreków, które się nie ugną , gdy o nie zawadzisz. Stromizna-trudność, zapewne, ale przyjemna trudność, całkowicie dająca się opanować narciarzowi. Groźna z powodu lawin, szreni?...Nie, to śnieg na stromiźnie może być groźny lub nie. Ona sama przy dobrym śniegu, nie ma znaczenia dla dobrego technikaNajwyżej upoi pędem, lub sześcioma kozłami zakończy szusik! Ale czy musisz szusować? Pozatem istnieje na los Opatrzności się zdawanie, jechałeś po Pod Bańskiej, a nocujesz nie wiadomo jakim cudem, 20 km dalej-w Prybylinie. Łut szczęścia, zostawiasz przed schroniskiem dziadowskie kije, a tu ci je jakiś ceper na eleganckie w tłoku zamienia, psim swędem wykręcenie, wpadasz pod lawinę i zostajesz na skale, podczas gdy w przepaść wpada - ona, no i pod szczęśliwą gwiazdą narodzenie. Błądząc we mgle, spadasz z nawisu do nóg jakiegoś wygi górskiego, który cię bezinteresownie potem 7 dni po Tatrach wodzi, ucząc rozumu...{Józef Oppenheim, Szlaki narciarskie Tatr Polskich, Kraków 1936}.

Oppenheim został zamordowany w 1946 r. w swoim domu na Krzeptówkach. Jego nagrobek na nowym cmentarzu w Zakopanem znajduje się w bardzo złym stanie, ale na jubileusz 100-lecia TOPR ma zostać odrestaurowany. Od 2000 r. w Chochołowskiej organizowane są międzynarodowe zawody w narciarstwie wysokogórskim imienia Józefa Oppenheima.

Wojciech Szatkowski, Muzeum Tatrzańskie