Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Życie związane z kolejką

Dodano: Czwartek, 1 październik 2009 / Ilość wyświetleń: 1941- Jakie jest pana pierwsze wspomnienie związane z kolejką na Kasprowy Wierch?

- Urodziłem się w Kuźnicach i tam mieszkałem. Gdy budowano kolej w 1935 roku, miałem 8 lat. Miałem kilku kolegów trochę starszych ode mnie. Robiliśmy różne psoty. Ludzie pracowali na budowie kolejki, przeważnie górale. Przyjeżdżali z Zębu, Bystrego i Zakopanego. Myśmy im tam dokuczali na tej budowie. Przywieźli bęben cienkiej liny, która miała ciągnąć kolej. Myśmy sobie zaobserwowali, że jak oni budują kolej, to czemu sami nie możemy mieć takiej kolebeczki. Starsi koledzy powiedzieli: my też zrobimy sobie taką kolej. My młodsi, pytaliśmy ich: ale jak, gdzie, skąd? A oni: utniemy taki kawał liny! A tam w Kuźnicach między domami były smreki, od jednego drzewa do drugiego było może 100 metrów. I myśmy taki kawał liny obcięli, zaczepiliśmy między chałupami, zaczepiło się z jednej strony, podciągnęło się, trochę się zaszpanowało, zakręciło, zabezpieczyło, kawałek sznurka, deski i mieliśmy kolej. No ale co z tego, zepsuliśmy kawałek liny. Zaczęła się awanturka, takie dochodzenie. Przyszli do rodziców, mówili, że taka i taka sytuacja, dzieci zepsuły linę i co teraz będzie? Policja, to tamto, i dostaliśmy nagrodę od rodziców, a wtedy to się nie bawili z młodzieżą jak dzisiaj, tylko się człowieka lało, i to dobrze. I takie było moje pierwsze spotkanie z kolejką.

- Ile pan miał lat, gdy zaczął pan pracować na kolejce?

- To był 1948 rok. Mieszkałem w Kuźnicach. Ojciec pracował w elektrowni w Kuźnicach. A kierownik kolejki, pan Drygus, mieszkał trochę niżej, też w obrębie Kuźnic. Wszystkich nas znał, chodziliśmy z jego córkami do szkoły. Skończył się rok szkolny. On wiedział, że mam iść do wojska - miałem 21 lat, to już wtedy nie było żartów, nie tak jak dziś. Mówi mi: słuchaj, ty idziesz na miesiąc do wojska, a ja tu potrzebuję na dolną stację pomoc kasjerowi. Tam były miejscówki, informacja, o której kolej rusza, ile kosztuje bilet. I ja tam pomagałem. Było mi bardzo dobrze. A z koleją zapoznany to byłem. Bo jak zaczęła ruszać, tośmy czasem jeździli, jak byliśmy chłopcami. Była okupacja, kolejką mogli jeździć tylko Niemcy, była "nur für Deutsche". Polaków nie puszczali, chyba ze takich, którzy współpracowali z Niemcami. No ale konduktorzy mieszkali w Kuźnicach, nawet konduktor u moich rodziców mieszkał, maszynista obok, u innych rodziców, no to myśmy sobie tam po schodkach z boku, to konduktorzy nas puszczali. No tośmy sobie jeździli albo do Turni, a jak byliśmy starsi, to i na Kasprowy! No i byliśmy zadowoleni. Raz że nie płaciliśmy biletów, to się człowiek cieszył, nauczył się na nartach jeździć, zawsze coś zobaczył, to do restauracji wszedł, to na Pogotowie popatrzył. Dawniej "śmigła" nie było, pogotowcy tam siedzieli, mieli dyżurkę, tobogany, i tylko czekali: jak coś się wydarzyło, to ludzie krzyczeli, przecież dawniej nie było komórek. Narciarze narciarzom dalej przekazywali, i dalej goprowcom. A goprowcy to były świetne chłopy.

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


W październiku 1949 roku poszedłem do wojska. Dostałem się do Krakowa do Pułku Lotniczego. Tam byłem króciutko, może 3 miesiące, a potem posłano nas do szkoły lotniczej do Warszawy na Bernerowo. Tam zaczęliśmy się uczyć, by można było obsługiwać samoloty. Byłem na służbie czynnej długo, co się wtedy nie zdarzało. Służba trwała 2 lata, ale wojsko lotnicze miało inną normę. Po 3 latach już byliśmy prawie spakowani, przed wyjściem do cywila, a tu przeszedł pan marszałek Rokossowski. I jeszcze nam dołożył miesiąc. No i trzeba było 37 miesięcy być w wojsku. Jak już wróciłem z wojska, od razu przyszedłem na kolej do pracy i pracowałem non stop bez przerwy aż do emerytury.

- Czyli dla pana praca na kolei była czymś naturalnym?

- Tak. Czasami było ciężko. Ale fajnie. Różni panowie z Warszawy przyjeżdżali. Bobkowski, twórca kolejki. Albo Cyrankiewicz na przykład przyjeżdżał bardzo często na Kasprowy. Jak przyszedł marzec, pogoda była 2 tygodnie, nie było żadnego załamania, to on sobie przyjeżdżał z Warszawy. Tam na Kasprowym był taki mały hotelik, kilka łóżek, tam nocowali, na tarasie w kożuszkach sobie siedzieli. Wielu ludzi tam przyjeżdżało.

- A był pan obecny, gdy Jan Paweł II wyjeżdżał kolejką?

- Nie, ja już wtedy nie pracowałem, byłem na emeryturze. Ale Ojciec Święty, wtedy jeszcze jako kardynał, to przychodził na kolejkę, znaliśmy się bardzo dobrze. Stał pod kasą z boku, pod takim dużym grzejnikiem, myśmy wtedy nie przypuszczali, że kardynał będzie ojcem świętym! Myśmy mu zawsze pomagali, on nigdy w kolejce nie stał - tylko brał narty, mówił Bóg zapłać, po schodach ciach, i pojechał! Tak to było?

- Jacy byli dawniej ludzie ? narciarze? Czy były takie same tłumy, kolejki do kasy, jak teraz?

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


- Ludzie wtedy byli chyba inni. Ciężko było z pieniędzmi, kolej była droga. Nie było ludzi wszystkich stać, żeby mogli wszyscy jeździć jak dziś. Teraz to jest masowe.

- Czyli dawniej kolejka była bardziej dla majętnych osób?

- Tak, to byli przeważnie bogaci ludzie. Przyjeżdżali z całej Polski. Byli też i tacy, którzy nie mogli wyjechać, bo nie mieli pieniędzy. Chodzili na nogach i potem sobie zjeżdżali. A wtedy nie było kolei krzesełkowej. Nie tak jak dzisiaj, że można pojeździć sobie tu trochę i tu trochę. Dawniej za każdym razem trzeba było zjechać do Kuźnic. Przez Halę Gąsienicową i Karczmisko nartostradą popod Nosal. Albo trzeba było wychodzić do obserwatorium i zjeżdżać do kotła i na Goryczkową. No i później też do Kuźnic nartostradą. A zawodnik musiał oglądnąć trasę, zjechać na dół, i potem narty na plecy i na nóżkach do góry na start i dopiero startował, nie tak jak dzisiaj. To były zupełnie inne czasy. Nie było maszyn, ratraków. Trzeba było deptać!

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


Szefem deptaczy był Zdzisiek Motyka. Miał grupę ok. 40 ludzi. Myśmy też jako chłopcy deptali. Wyjeżdżało się na Kasprowy kolejką i pan Zdzisiu mówił: chłopcy, deptamy! Dzisiaj albo Gąsienicową albo Goryczkową, dowiemy się, co jest potrzebniejsze. Stoimy z nartami. Hasło: depczemy Goryczkową. Trasa jest pod zawody wytyczona, teraz trzeba to ubić! Ubijało się narta przy narcie. Cały kocioł trzeba było ubić, aż do mety na dole. Potem, w czasie zawodów, dziury były takie, że czasem zawodnika nie było widać. Kto to teraz pamięta? Choć jeszcze są ludzie, którzy pamiętają. Dziś narciarz przyjeżdża do Kuźnic, już w butach, z nartami - ale są jeszcze tacy, którzy zamiast stać w Kuźnicach, idą pieszo!

- Kilkakrotnie podkreślił pan, że to były inne czasy. Ale lepsze czy gorsze niż obecne?

- Trudno ocenić. Teraz jest zupełnie inna technika. Dawniej każdy był ubogi. Nie było sprzętu, butów, było ciężko. Każdemu. No może kilkanaście osób, które przyjeżdżały z Warszawy, miało jakiś grosz, ale reszta nie, a tubylcy to już w ogóle. Ale dziś to jest naprawdę w stosunku do tych czasów, gdyśmy jeździli jako dzieci, kapitalnie. Jak ci narciarze są wyposażeni, jaki mają sprzęt, jakie buty? Małe dzieci mają kaski. Nieraz jadę na Goryczkową, dojeżdżam na przełęcz, czekam, żeby deskowy zjechali, patrzę a taki 5-latek ma narty nowoczesne, buty z klamrami, ubrany super, gogle, kask, mamusia z tyłu zapina mu linkę do kombinezonu, z tyłu trzyma, i sobie jedzie. Kiedyś to było nie do pomyślenia! Nie ma porównania.

- Jakich ludzi, pracowników przyciągała kolej? To była praca bardzo trudna i niebezpieczna. Nie każdy się nadawał?

- Muszę powiedzieć, że ludzie byli bardzo dobrzy. Starali się wykonywać pracę, a była ona ciężka i niebezpieczna. Zawieja, 20, 30 stopni mrozu, liny zaszronione, zasypane, zawalone, nie można ruszyć, dopóki tego nie oczyści. Musieli wychodzić po podporach, rolki zamarznięte zablokowane. To było coś nieprawdopodobnego przygotować trasy. Były specjalne wózeczki, które się zapinało na linę pomocniczą i jechały po trasie, tam gdzie najgorzej, ale podpory, dojazdy i perony, to wszystko łopata i kilof! Ja na załogę nigdy nie narzekałem. Zresztą kierownik nie kierownik, nikt się nie wstydził łopaty czy kilofa. Bo to trzeba było zrobić. Bo czas był do uruchomienia i do 7 czy 8 musiało być zrobione. Wiedzieli, co mają robić i robili. Dziś mówi się, że trzeba wymienić linę. Teraz wszystko przyniesie śmigłowiec, dźwig, wszystko jest na miejscu. A dawniej, na przykład jak się montowało podpory starej kolejki, to wszystko trzeba było wynosić na plecach! Ustawiać to wszystko na fundamentacch. A dzisiaj gotowe podpory, tylko ponumerowane. Śmigło przyleciało, fundamenty gotowe, śruby dopasowane, wszystko stoi. Śmigło popuściło podporę, nakrętki poprzykręcali, śmigło poleciało po następną.

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


Fot. Archiwum Stanisława Pierona


A dawne lata? Koniec świata! Pamiętam, jak chodziliśmy jako chłopcy, na maliny albo borówki. Bo nie było tak jak dziś, że mamusia mówi dziecku: skocz do sklepu i kup kilo borówek albo malin. Matka mówiła: chcecie jeść pierogi? To sobie nazbierajcie jagód. Gdzie? Turnia Myślenicka, albo Goryczkowa, albo Kondratową, albo do Olczyskiej szło się na malinki. Tak że myśmy obserwowali jako dzieci, jak ci ludzie budowali fundamenty na górze. Na dolny odcinek to było jeszcze jakieś dojście, ale górny - tutaj żleb, tu skały. Jak? Cement na plecy! A myśmy sobie tam zbierali boróweczki, czy malinki. Taki było życie.

- Ludzie, którzy pracowali na kolei często się zmieniali, czy dłużej pracowali?

- Niektórzy zmieniali się. Praca była specyficzna, wymagająca. Dziś maszyna przecina linę. Sekunda, bzyk - i lina przecięta. A myśmy nieraz, jak trzeba było linę skracać, tośmy ją całą noc przecinali taką ręczną piłeczką, w której ząbeczki były maluteńkie, a lina stalowa, twarda i tak pomalutku. Dziś to jest zupełnie co innego, zupełnie inne czasy.

- Nie myślał pan nigdy, żeby zmienić pracę?

- Nie. Gdy szedłem do cywila, przyszedł do mnie dowódca pułku, i mówi: słuchaj, czy ty byś nie poszedł za mechanika na Okęcie? Ale mnie ciągnęły góry... Nie wiem, czy zrobiłem dobrze, czy źle, ale przyszedłem tu na stare śmieci... i ciągnąłem to wszystko do końca.

- Wspominał pan o trudnych, niebezpiecznych sytuacjach. Czy podczas pana pracy wydarzyło się coś takiego?

- Oj tak. Kolej przejeździła 70 lat, żaden pasażer nie zginął. A pracowników zginęło kilku. Taki Gieniu Miller. Ciągnęliśmy linę nośną z Kuźnic na Kasprowy, a to już była jesień, 14 październik, śnieg, lód. Były takie specjalne szczęki, które się zakręcało na linę nośną. Wciągarka stała za blokiem na Kasprowym i cienka lina ciągnęła grubą linę. Przyszła zmiana pogody, no i przez noc ta lina dostała oblodzenia. Nie było tego bardzo widać, ale oblodzenie było. No i pracownicy, którzy byli tam na górze, przykręcali te szczęki. Szczękę trzeba było na linie nośnej przykręcić, a ta cienka lina ciągnęła. Przykręcili szczękę na linie, zdawało się, że jest dobrze. A wtedy nie było komórek, tak jak dzisiaj, tylko telefon, korbka, był problem z łącznością. Tam krzyczą: gotowe! Jechać? No jechać! Maszynista, który był na górze, włączył wciągarkę, ona ma silnik elektryczny i siłę jak cholera, przyszło napięcie. Przy bębnie stał konduktor, żeby tą limę, która się będzie nawijać, prowadzić. Przy napięciu szczęka puściła, dostała poślizg, cienka lina poszła w górę, lina nośna na dół z hukiem, no i jego zabiło. Drugi pracownik, który zginął, to był Gazda. Jechał kolejką rano, była to jazda kontrolna. Cała trasa musi zostać oczyszczona, przygotowana do jazdy. Przed podporą wagon zawsze musi jechać wolniutko. Na podporze były ograniczniki. On coś usłyszał, otworzył właz, po tej drabince wyszedł. Maszynista słucha, co mówi mu konduktor, ponieważ nie wie, co jest na trasie. Jak konduktor nic nie mówi, to on przejeżdża z pełną szybkością. Tymczasem Gazda wyszedł na drabince no i dostał w głowę, uderzył w ten ogranicznik. I spadł na dach, z dachu do Suchej Kasprowej. Tam się zabił na szóstej podporze.

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


- Czy zdarzyło się, że któremuś z pasażerów coś się stało?

- Były akcje ewakuacji pasażerów, ale nikt nie zginął. Czasem kolejka normalnie kursuje, a potem zaczyna się wiatr, coraz silniejszy: 15, 20, a nieraz i 30 metrów na sekundę. Ludzi trzeba jakość zwieźć. Najgorsze było to, że gdy wagon jechał, wiatr cienką linę, potrafił przerzucić przez linę nośną, a nieraz przerzucił i 2 razy. I wtedy wagon musiał stać. Wagonem nie ruszy, a ludzi trzeba wysadzić. Co robić? W wagonie było urządzenie: takie spodnie z uprzężą. Wkładało się w nie pasażera, zapinało się szelki, na lince spuszczało się pasażera na dół. Na dole byli ludzie, rozpinali go, i ten na górze znowu kręcił korbką, by spodnie "wyjechały" z powrotem. I tak trzeba było ludzi ewakuować.
Tak się stało raz z wycieczką rosyjską. Byli bardzo zdyscyplinowani. Mieli szczęście, bo stało się to przed samą podporą nr 3. Nie musieli wisieć wysoko. Wagon dociągnął do środka podpory, a tam jest drabinka do schodzenia na dół. To się im udało. Pozchodzili na dół z pomocą pracowników, a potem przyjechali ratownicy i pozwozili ich na dół. Wiatr był najgorszy, oraz oblodzenia i oszronienia lin.

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


- To jak w przypadku oblodzenia kolej funkcjonowała?

- Co rano jest jazda kontrolna. Jadą mechanik, pomocnik, konserwator, bardzo wolniutko. Często rolki były oblodzone. Wtedy musieli wysiadać, czyścić je, smarować, itd. A później jechali wolniutko, lód spadał, a co nie spadło, to doczyszczali. Najgorsze były jazdy kontrolne, bo potem jak wznowili ruch i wagony chodziły, to lód sam spadał.

- Czy taka pierwsza kontrolna jazda, jeżeli faktycznie były oblodzenia, nie powodowała opóźnień w kursach kolejki? Bo czasami przecież długo trwało doprowadzenie liny do stanu używalności.

- Czasami godzinę albo dwie, a czasami w ogóle się nie dało ruszyć. Dzwoniło się na dół, do kas, biura: - proszę nie sprzedawać biletów, nie ma mowy, nie będziemy jeździć!

- Pasażerowie to rozumieli?

- Musieli zrozumieć, bo jak już Kuźniach było źle, to im wyżej, tym było jeszcze gorzej. Nieraz nasprzedawali biletów, a ruch trzeba było zatrzymać, to wtedy dopiero było! Trzeba ludziom pieniądze zwracać, to był obłęd.

- Jakie jest pana wspomnienie, wydarzenie, które najbardziej pan zapamiętał z całej swojej pracy zawodowej związanej z kolejką? Co panu najbardziej utkwiło w pamięci, w sercu?

- Trzeba powiedzieć ludziach, którzy pracowali. Szanowałem ludzi, a mnie ludzie też szanowali. Bardzo było przykro i źle, jeśli coś komuś się stało, jeśli wydarzył się jakiś wypadek. Bo wtedy taki człowiek, który pracował kilka lat, był wyszkolony, wiedział, co może się zepsuć i jak on to może naprawić. Bo jak się przyjmie do pracy nowego pracownika, to co on wie? Musi się uczyć, słuchać starczych kolegów, jeśli go to interesuje, bo jeszcze może go to nie interesować. On może mieć i różne inne myśli, może sobie mówić "jakoś to będzie". Tylko jak się go potem przyciśnie, to nie ma, że "jakoś to będzie", tylko może być z tego jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego zawsze szanowało się kolegów, i ludzi, bo oni byli podstawą. Wiedzieli, co mieli robić, i dało się jakoś. Czasem było różnie w pracy, raz jest lepiej, raz jest bardzo dobrze, a czasem jest troszkę i cienko. Nie jest tak, że jest idealnie. Wszystko zależy od ludzi, od załogi. To jest bardzo ważne. Przykrych wydarzeń raczej nie było.

Fot. Archiwum Stanisława Pierona


- A dobre?

- Wszystko działa, chodzi, kreci się, przyszedł marzec, brało się narty, pojeździło się tu i tam, kolej czynna, przyszło się do maszynowni, czy na górę: - jak, działa wszystko? - Gra, kierowniku! Chodzi! No to świetnie! No i dobrze było...

Autor: Agnieszka Szymaszek