Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Na Kasprowym, w górach i jaskiniach

Dodano: Piątek, 2 październik 2009 / Ilość wyświetleń: 3133- Gdzie i kiedy się urodziłeś?

10 kwietnia 1934 roku w Pogórzu, wiosce k. Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim.

- Jak w takim razie trafiłeś do Zakopanego?

Mieszkaliśmy w wynajmowanym domku. Tam spędziłem okupację. W dniu wybuchu wojny rodzice mnie i siostrę załadowali na wóz konny i zawieźli do sąsiedniej wsi za las, gdzie przeczekaliśmy w ziemiance 3 dni. Przez szparę widziałem, jak kawaleria uciekała wycofując się na wschód. Potem wróciliśmy do domu i tam mieszkaliśmy w czasie okupacji. Pamiętam też front rosyjski, Rosjanie strzelali, i walili moździeżami. Tylko gwizdało jak przelatywały. Mnie o mało Rosjanin nie zastrzelił, gdy wtargnął do naszego domu w poszukiwaniu Niemców, a ja schowałem się w ciemnej komórce.
Niemcy wprowadzili volkslisty. Mówili, że Ślązacy to Niemcy. Mój ojciec nie podpisał. Zostaliśmy w 3 rodziny, które nie podpisały. Gdyby się cokolwiek stało, groziło nam wywiezienie do Oświęcimia lub rozstrzelanie. Potem się dowiedziałem, że ojciec miał w chlewie radio i słuchał po polsku wiadomości z zagranicy, żeby się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja na frontach. Pomagał partyzantom w Beskidzie Śląskim. Dowoził im żywność na wózku, a ja nie wiedząc o tym, jeździłem z nim. Popychałem ten wózek, nie wiedziałem, że pomagam partyzantom?Potem partyzanci mieli wysadzić pociąg obok naszego domu, Jakimś cudem do tego nie doszło. Gdyby most został wysadzony, byłoby na nas. Z tych trzech rodzin dwie zginęły w Oświęcimiu. Żyliśmy w nerwach całą okupację. Po wojnie chodziłem do szkoły do Skoczowa. Ojciec nie miał pracy, nie miał dłoni, był inwalidą, może to go w czasie wojny uratowało, że nie był tak groźny dla Niemców? A w Zakopanem mieliśmy 2 ciocie - siostry matki. Do ojca zadzwonili: tu się organizują domy wczasowe, jest miejsce dla ciebie. Ojciec tam najpierw sam pojechał, ale smutno mu tam było samemu, i wziął mnie do siebie. A później już cała rodzina przyjechała do Zakopanego.

- Jak trafiłeś do pracy na Kasprowy?

- Po studiach w Krakowie ani całym województwie nie było dla mnie pracy. Nie należałem do ZMP, na uczelni mnie nie zatrzymali. Okazało się, że praca jest tylko w dwóch województwach: Olsztyńskim i Wrocławskim. Stwierdziłem, że we Wrocławskiem do gór jest bliżej. Tak trafiłem do szkoły w Kowarach. Byłem zarżnięty pracą. Ale byłem młody, to wytrzymywałem. Klasa była nieduża. To byli bardzo zdolni, dobrzy uczniowie. Gdy w 1957 roku zdali maturę, zacząłem szukać pracy, bo chciałem się stamtąd się jakoś wydostać.

Maturzyści i grono pedagogiczne "jedenastolatki" w Kowarach, w której Apoloniusz Rajwa pracował tuż po studiach. Fot. Z archiwum A. Rajwy


Przez jakiś czas pracowałem na stacji meteorologicznej w Kielcach, gdzie pracowałem w latach 1957 - 1958, potem zrobiło się wolne miejsce w obserwatorium na Kasprowym, i tam pracowałem od 1958 do października 1969.

Praca w Wysokogórskim Obserwatorium Meteorologicznym na Kasprowym Wierchu



- Jakie badania naukowe prowadziłeś w Tatrach?

- Na przykładem mierzyłem stężenie radioaktywności śniegu. Doszedłem do wniosku, że warto byłoby sprawdzić skażenie pokrywy śnieżnej, w której te skażenia mogą się kumulować. Od listopada 1961 roku do końca czerwca 1962 roku co cztery dni, gdy byłem na dyżurze na Kasprowym, pobierałem z 1 metra kwadratowego do kuwety dwucentymetrową warstwę śniegu, którą topiłem. Zanieczyszczenia, które pozostały, zbierało się, spalało się w piecyku o temperaturze ponad 800 stopni Celsjusza, i dawało się to pod licznik Geigera, by dowiedzieć się, jaka jest wartość skażenia. Potem wykreślałem wykresy. Te pierwsze dane, z listopada, wskazywały niewielką wartość skażenia, ale nagle, po 20 listopada, nie pamiętam dokładnie którego, wyskoczył mi 13-krotnie wyższy wynik. To było 3 dni po wybuchu 50-tonowej bomby rosyjskiej w Kazachstanie. Skażenie po kilku dniach dotarło do nas i wtedy wynik moich badań wskazywał, że skażenie jest 13-krotnie wyższe niż normalnie.

Pobieranie próbki śniegu do badań radioaktywności pokrywy śnieżnej.
Fot. z archiwum Apoloniusza Rajwy


Potem oczywiście nastąpił zanik tego skażenia, ale to jeszcze nic. Najwyższa wartość wyszła na letnich płatach śniegu. W lipcu i sierpniu jeździłem bowiem pod Świnicę i pod Kozi Wierch. Na tych płatach wszystko się kumulowało. Wartość przekraczała tę po 50-megatonowej bombie 15 razy. Tam wszystko z całej zimy się skumulowało. Letnie płaty śniegu były mocno skażone i ta wartość była już bardzo szkodliwa dla człowieka. Niewykluczone, że narciarze, którzy trenowali na letnich płatach śniegu, częściowo mogli się napromieniować. Kilku narciarzy, którzy trenowali na tych płatach śniegu, już nie żyje. Może akurat to stężenie się przyczyniło do śmierci, ale wtedy nikt o tym nie wiedział. A mnie na ten temat nie wolno było nic wtedy mówić.
W czasie awarii w Czarnobylu, byłem kierownikiem rejonowego ośrodka analizy skażeń w Zakopanem w obronie cywilnej. Co miesiąc lub kilka miesięcy mieliśmy szkolenia na wypadek, gdyby spadła bomba atomowa, lub nastąpiło skażenie chlorem albo innym środkiem chemicznym. Obliczaliśmy propagacje skażeń na terenie zakopiańskim, etc. Byliśmy doskonale przeszkoleni. A gdy doszło do wybuchu, mnie jako kierownika stacji analizy skażeń nawet o tym nie zawiadomili. Wykorzystywanie fachowej wiedzy ludzi, którzy się na tym znali i byli przeszkoleni to była teoria. Gdy przyszło co do czego, to się bali, że pójdzie farba, i w związku z tym nawet ja nic nie wiedziałem.

- Jak się zacząłeś wspinać?

- Wciągnął mnie Jerzy Brzozowski. Doktor geografii, który studiował ze mną w Krakowie. Mimo że był z Krakowa, a ja z Zakopanego, ale jak się spotkaliśmy na studiach w 1952 roku, to powiedział tak: - słuchaj, ty jesteś zakopiańczyk, Tatry znasz bardzo dobrze i wspinasz się, to będziemy razem chodzić na wspinaczki. A ja wtedy byłem lewy we wspinaniu. Owszem, byłem wysportowany, bo trochę lekkoatletykę uprawiałem. Najpierw trenowaliśmy w skałkach podkrakowskich. Robiliśmy drogi w skali do bardzo trudnej albo nadzwyczaj trudnej. Tam poznałem tajniki asekuracji. Potem w czasie wakacji potem wybieraliśmy się także z innymi kolegami w Tatry i wspinaliśmy się.

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, po wspinaczce. - Jesteśmy poubierani w zielone skafandry, jakieś dziwne pumpy. Czapeczki różne, bo nie było kasków. Wtedy chyba robiliśmy Drogę Motyki na Zamarłej Turni - mówi Apoloniusz Rajwa (pierwszy z prawej). PIerwszy z lewej to Jerzy Brzozowski, który wciągnął Apoloniusza we wspinanie.
Fot. Z archiwum A. Rajwy


Mam na koncie np. siódme przejście Żlebu Drége'a, w 1953 albo 1954 roku. W Żlebie Drége'a omal nie zginąłem. Wspinałem się wtedy z Jurkiem. Zaczęliśmy dość późno. Jurek prowadził pierwsze 2 wyciągi. Mieliśmy tylko 3 haki i linę sizalową. Gdy doszedł pod najtrudniejsze miejsce, skrajnie trudny kominek, hak mu wypadł, on się uderzył młotkiem, zaczął krwawić, a hak poleciał, i zatrzymał się gdzieś pode mną. Miałem za sobą przejście odcinka nadzwyczaj trudnego. Jurek mówi: - Słuchaj, nie wiem, jakie tu jeszcze są trudności, przed nami jeszcze bardzo trudny odcinek, szkoda mi tego haka, może byś po niego zszedł? Zdecydowałem się na zejście, on mnie asekurował, ale chyba z ramienia, założył być może z głazu jakąś asekurację. Zaczął popuszczać linę, a ja zacząłem schodzić odcinkiem nadzwyczaj trudnym, lekko przewieszonym, wychylałem się. W pewnym momencie uchwyt kiełznął, a ja wyprułem.. Lecę w dół ośmiometrowym wahadłem, pode mną 120 metrów. Wylądowałem na półeczce. Przyrżnąłem żebrami. Patrzę, a tu leży ten hak. Krzyczę do niego: Jurek jestem na półce, wszystko ok., mam haka. I wtedy dopiero, gdy stanąłem przy haku, popatrzyłem na węzeł. A wtedy nie było uprzęży. Koniec liny tak się ściągnął, a nie miałem na końcu zabezpieczenia w postaci węzła skrajnego, że brakowało 2 cm, a koniec liny wysunął by się. Mało brakowało, a wysunąłbym się z liny i poleciał.

- Twoją największą pasją były jednak jaskinie?

- Po jaskiniach turystycznie chodziłem od małego. Na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej łaziłem po Mamutowej, Łokietka, sam lub z kolegami. W 1962 roku zapisałem się do sekcji taternictwa jaskiniowego w Zakopanem. Wtedy pracowałem na Kasprowym. Namówił mnie do tego Janusz Flach, który pracował w kolejkach, odkrywca kilku jaskiń tatrzańskich, m.in. słynnej Ptasiej Studni. On mnie tą Ptasią Studnią zachęcił. Gdy powiedział, że eksplorują Ptasią Studnię, która zaczyna się głębokimi studniami, to mnie to porwało. Profil tej eksplorowanej jaskini wisiał na Krupówkach, i po wyeksplorowanych studniach narysowany był znak zapytania. I jeszcze narysowany maleńki człowieczek w tych studniach. Janusz Flach, gdy jechaliśmy kolejką na Kasprowy, zaczepił mnie i zapytał, czy bym nie poszedłbym z nim do jaskini. Na pierwsze wejście wzięli mnie do Jaskini Lodowej Mułowej. To jest nietrudna jaskinia, ma tylko jedną studnię i trochę meandrów. Spodobało mi się, bo i dojście było trochę wspinaczkowe. 2 tygodnie później organizowana była trzecia wyprawa do Ptasiej Studni. Wtedy Janusz Flach i Marian Kruczek, który już dobrze chodzili i odkrywali jaskinie, i jeszcze dwóch uczestników, którzy też sporo chodzili wcześniej po jaskiniach, wzięli następną czwórkę, która w takiej jaskini nie była, w tym mnie. No i w ósemkę zjeżdżaliśmy do tej jaskini. Janusz zszedł wtedy najniżej na stare dno pod Bazylikę, a ja doszedłem do meandrów powyżej Bazyliki. Czekało mnie jeszcze wyjście, pierwszy raz po drabinkach, nie wiedziałem, czy dam radę, ale wyszedłem. Wyprawa była długa, z biwakiem, ze spuszczaniem śpiworów, ze spaniem jaskini, tam kapało, wszystko pamiętam. Gdy wyszliśmy z jaskini na zewnątrz tej głębokiej studni, to z czwórki tych nowych, trzech całowało ziemnię i powiedziało, że więcej do żadnej jaskini nie pójdzie, a ja nie całowałem i powiedziałem, że jeszcze do jaskini pójdę. I tak od Ptasiej Studni się zaczęło.

Jaskinie to jego największa pasja. Fot. z archiwum A. Rajwy


W 1965 roku Janusz zginął na Galerii Gankowej, zginęli najlepsi. Potem więc na mnie, bo ja się w tym czasie wyszkoliłem, spoczywał ciężar dalszego prowadzenia sekcji taternictwa jaskiniowego, zostałem nawet prezesem sekcji. Przejęliśmy z Krakowa Komisję Taternictwa Jaskiniowego Zarządu Głównego Klubu Wysokogórskiego. To, co było w Krakowie od samego początku, przenieśliśmy do Zakopanego. Zostałem przewodniczącym tej komisji. U nas było prezydium, zarządzaliśmy całym ruchem jaskiniowym w Polsce. Organizowaliśmy ogólnopolskie wyprawy za granicę, m.in. w Pamiro - Ałaj, do Meksyku, do trudnych jaskiń świata. Ostatnia wyprawa była chyba w 1987 roku w Słowacki Kras.
Brałem udział w polskiej wyprawie do najgłębszej wówczas jaskini świata Gouffrey Berger, liczącej 1122 metry głębokości. Teraz jest trochę większa. To była pierwsza wyczynowa polska wyprawa zagraniczna, na którą udało mi się jako jedynemu zakopiańczykowi pojechać. Kierownikiem był podróżnik, grotołaz Maciej Kuczyński z Warszawy. Było nas 10 uczestników. Rajcowały nas wtedy pionowe jaskinie. Chodziło o to, żeby robić te najgłębsze. Zanosiło się na duży sukces. Zrobiliśmy dno, z tym, że stanęła tam tylko czwórka: Janusz Śmiałek, który już nie żyje, i - przy drugim zejściu - Janek Danysz, Edward Ostałowski i Waldemar Karcz. Natomiast pozostali byli na głębokości prawie 900 metrów, ja doszedłem na 985 nad ostatnią studnię. Naszym celem był retransport. Wychodziło się nie po linach na przyrządach zaciskowych jak dziś, ale po drabinkach. Wiszących, zwijanych. Trzeba było mieć dobrą kondycję i umiejętności, żeby po nich wychodzić tyle metrów. To było trzecie zejście do dna na świecie. Pierwszego dokonali Francuzi w 1956 roku, w czasie międzynarodowej wyprawy. Uczestniczyli w niej Polacy, nie była to jednak polska wyprawa, uczestniczył w niej m.in. Kazimierz Kowalski. W 1964 roku było jeszcze zejście angielskie, a myśmy pojechali w 1966 roku jako samodzielna polska wyprawa, 10-osobowa, najmniej liczna ze wszystkich dotychczasowych. Francuzi byli zdziwieni, że w tak niedużym jak na tamte lata składzie doszliśmy do dna. Po zrobieniu tej jaskini pojechaliśmy do Chamonix i całym składem wyszliśmy na Mt Blanc. Zrobiliśmy więc najgłębszą jaskinię na świecie i najwyższy szczyt w Europie.

- Od kiedy pracujesz jako przewodnik?

- Zacząłem w 1967 roku. Co roku miałem wycieczki aż do tego roku (2009 - przyp. red.). Czyli 42 lata nieustającej pracy przewodnikiem. Wszystkie wycieczki mam spisane: kiedy i gdzie prowadziłem, ile godzin mi to zajęło. Nad Morskim Okiem byłem ponad 500 razy. W tym roku trochę odpuściłem. Niezależnie od tego co rok prowadzę szkolenia przewodników.

Przy Morskim Oku, 2007 rok.


Autor: Agnieszka Szymaszek