Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Z nartami przez życie

Dodano: Poniedziałek, 7 grudzień 2009 / Ilość wyświetleń: 4186- Jakie miała pani dzieciństwo? I jaka była pani droga do sportu, zanim zetknęła się pani z nartami?

- Nas jest dziesięcioro. To zawsze jest ciekawe dzieciństwo, gdy ma się tyle rodzeństwa. Rodziców mieliśmy cudownych. Przynajmniej ja cokolwiek w życiu mam dobrego, albo zrobię dobrego, to dziękuję za to rodzicom. Oboje byli nadzwyczajni i nadzwyczajny był ich stosunek do siebie. Przez całe życie bardzo się kochali. Mówi się, że później to już nie jest miłość, tylko przywiązanie, a oni naprawdę kochali się cały czas tak, jak młodzi. To była podstawa naszej rodziny. To nas zawsze skupiało. Zawsze myślę, i mówię młodym, że najcudowniejsza rzecz dla dzieci to jest dobra, kochająca się rodzina.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Od urodzenia miałam pociąg do ruchu, sportu. Jeździłam konno, skakałam wzwyż, a ponieważ obok mnie w tej dziesiątce byli bracia, zawsze razem wymyślaliśmy sportowe atrakcje. Ojciec bardzo się cieszył i lubił, jak robiliśmy jakieś "wyczyny" po drzewach, bramach. Mama się trochę bała, że pospadamy, i nieraz coś się działo...
Byliśmy na wakacjach u ciotki w Lubelskiem, gdy wybuchła wojna. Człowiek się nie orientował, co to jest wojna. Był bardzo ciekawy. Do tego mająteczku, gdzie byliśmy, przyszli Rosjanie. Nas wszystkich zamknęli w jednym pokoju. Później Rosjanie odeszli, nadeszli Niemcy. Momentalnie aresztowali dziadka, stryja, ciotkę, która dostała się do Ravensbruck. Dziadek pojechał do Oświęcimia, a później do Sachsenhausen. Wojnę przeżył, po wojnie dostał się do Szkocji. Na skutek przeżyć w obozach musiał być operowany. Niestety zmarł.

- Jak pani przeżyła wojnę? Brała pani udział w Postaniu Warszawskim, działała pani w konspiracji.

- Ojciec nasz był konspiracji, mówiło się, że go nie ma. Młodsze rodzeństwo w ogóle nie wiedziało o tym, że ojciec jest w Warszawie. On zaczął konspirację w Lubelskiem, potem przeszedł do Warszawy. Było tak, że kiedyś mamy siostra natknęła się na ojca wysiadającego z rikszy. Ciągle głupio człowiek mógł wpaść. Ojciec był na Mokotowie. Jest taka tablica w miejscu, gdzie walczył. Ale mama i my, starsi chodziliśmy tam potajemnie. Ojciec wiedział, że w każdym momencie może zginąć, bo wyjeżdżali na akcje na wschód. Co pewien czas coraz młodszy z rodziny był dopuszczany do tej tajemnicy. Pamiętam, jak to było z jednym z moich braci. Cały się trząsł z przejęcia, gdy dowiedział się, że ojciec jest w Warszawie.

- Ile pani miała wtedy lat?

- 12, gdy wybuchła wojna, 17, gdy zaczęło się powstanie. Mój starszy brat, dwóch młodszych, kuzynka i mama byliśmy w konspiracji. Więc to wszystko było tak, jakbyśmy siedzieli na jakiejś bombie. Na szczęście nic się nie stało.

- Jak wyglądała pani działalność w konspiracji?

- Chodziłam na komplety do sióstr Niepokalanek, a także na kursy sanitarne. Uczyłam się, jak się zastrzyk robi, jak się bandażuje. Prawdę powiedziawszy, gdy powstanie wybuchło, to nie powiem, żebym była dobrym lekarzem ani nawet siostrą... Człowiek się owszem, uczył, ale w momencie, gdy pierwszy raz zobaczyłam rannego od pocisków z człowieka, tzw. "krowy" albo "szafy"... Najpierw słychać było nakręcanie tych "szaf". Wiadomo już było, że będą leciały pociski. Zaraz potem porucznik wołał ochotników, żebyśmy lecieli zbierać rannych na ulicy. Zawsze byli ranni, mimo że ludzie uciekali, chowali się. Pamiętam, jak pierwszy raz podleciałam do człowieka, młodego chłopaka, któremu krew leciała uszami, buzią, nosem, to naprawdę w ogóle nic bym nie umiała z nim zrobić. Ale złapaliśmy go na nosze i biegiem zanieśliśmy go do lekarza. Nie wiem, czy on przeżył. Takie było to moje przygotowanie do powstania.

- A powstanie?

- Byłam w Laskach pod Warszawą. Tam jest zakład dla ociemniałych. Ponieważ mama już wiedziała, że coś się szykuje, przeniosła tam wszystkie młodsze dzieci. Mieliśmy tam znajomego dyrektora - przemiłego człowieka, i siostry wszystkie znajome. Była jeszcze pani, która gotowała. Nazywaliśmy ją Matuszka, ponieważ pochodziła ze wschodu, i druga, która zajmowała się tymi najmłodszymi. Przyjechałam tam, bo miałam wolną chwilę. Raptem przyjeżdża kuzynka na rowerze, bierze mnie na ramę i mówi: - słuchaj, godzina W jest dziś o godzinie 5. Teraz następują rzeczy, których w ogóle nie pamiętam. Przypuszczam, że z powodu nadzwyczajnego napięcia nerwowego - a w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że we mnie jest tak ogromne napięcie ogromne - zrobiło się tak, że ja właściwie po w postaniu nic nie pamiętałam. Do dziś mam wrażenie, że gdy koleżanki z powstania czytają mi swoje wspomnienia, wydaje mi się, że one były gdzie indziej, w innych dzielnicach. Pamiętam, gdy pierwszy raz poszłam do piwnicy robić zastrzyk któremuś z naszych chłopców. Pamiętam np. taki szczegół, że on nie miał w ogóle pośladka, tylko był taki płaski....a kazali robić krzyż na pośladku i robić zastrzyk w jego górną część. A tu nie ma pośladka...Taką rzecz zapamiętałam na całe życie! Któregoś dnia wyszłam przed nasz szpitalik - bo miałam dyżury w szpitalu Elżbietanek. Tam pomagałyśmy. Niemcy wrzucali granaty na Belgijskiej Niemcy rzucali je do piwnic, gdzie siedzieli ludzie. Część ginęła, a ci w szpitalu strasznie cierpieli. Właściwie nie wiem, jak im tak naprawdę można było pomóc... Dawało się im po kropelce wody do czego, co można było nazwać ustami... Tak byli strasznie popaleni.

- Została pani trafiona kulą w czasie powstania.

- To nie było żadne bohaterstwo. Wyszłyśmy na chwilę z piwnicy i siedziałyśmy na murku, przed piwnicą. Cudowne słońce, cudowne, taka pogoda... Siedzimy, człowiek oddycha tą cudownością, na Mokotowie wszędzie są ogródki, wino rośnie... Siedział nasz podporucznik fajny, koleżanka, i ja. Gadamy. Słychać było odgłosy wystrzałów, ale człowiek w zasadzie przyzwyczajony do tego... Raptem czuję uderzenie w głowę. Myślałam, że to koleżanka obróciła się i łokciem mnie rąbnęła. Byłam przekonana, że to coś takiego się stało. A podporucznik raptem krzyczy: Basiu, krew leci. Kula przeszła mi bardzo blisko oka. Mało brakowało, a nie żyłabym, albo straciłabym oko. Oni mnie momentalnie prowadzą do piwnicy. Idę na dół po schodach, mam zaciśnięte oczy i myślę: muszę zobaczyć, czy widzę. Otwieram oczy, ciemno, myślę: cholera, nie widzę! A to po prostu w piwnicy było ciemno. Zaprowadzili mnie nawet do okulisty. Jak ja wyglądałam przez długi czas: twarz pod okiem sina, czerwona, żółta, tak mi schodziło. Przez pewien czas miałam opatrunek. Ojciec był bardzo dumny.

Któregoś dnia pod koniec powstania dowiaduję się, że ojciec jest ciężko ranny. Dostał 6 kul skośnie w brzuch i nogę. W ogóle nie pamiętam, żebym się jakoś przeraziła. Wtedy już ojca nie widziałam. Z miejsca przebrali go z munduru w cywilne ubrania i wyprowadzili z cywilami. Brat zawołał mnie i mówi: - Basiu, słuchaj, muszę ci powiedzieć, wy wchodzicie do kanałów i przechodzicie na Śródmieście, a ja zostaję, bo zgłosiłem się na ochotnika, będziemy pilnować wejścia do waszego kanału. Tak samo - uściskałam go, ale też nie było we mnie jakiegoś przerażenia, że idę do kanału, co tam będzie w tych kanałach, i że on zostaje. Wejście do kanałów mojej koleżanki wspominają jako okropne. Dla mnie to wejście było bardzo zabawne, tam były takie metalowe umocnienia, a ja zawsze miałam sportowe zacięcie, i to jedno pamiętam: że się fajnie schodziło! Zapach chloru też pamiętam. Szliśmy kanałami 14 godzin Byliśmy trochę nieprzytomnie przez brak powietrza i napięcie nerwowe. Przede mną wchodził ranny kolega, który miał 40 stopni gorączki. Był ranny w rękę, miał ją na temblaku. Pamiętam, że opiekowałam się nim. Zresztą pamiętam tylko niedługą chwilę. A on później, gdy był we Francji po wojnie, opowiadał, że niósł mnie w kanałach na plecach. W ogóle nie mam żadnego wspomnienia, że mogłabym być niesiona, bo doskonale się czułam. Ale myślę: nie będę z nikim dyskutować, ponieważ ludzie tacy byli: trochę nieprzytomni. Więc skąd mam wiedzieć, może przez chwile coś mi się stało? Najgorsze były bardzo długie przestoje, bo ciągle łącznicy, którzy nas prowadzili, musieli widzieć, że można przeprowadzić nas pod włazami. W niektórych włazach trzeba było uważać, czy Niemcy nie będą wrzucać granatów. Zresztą nasz lekarz wylazł właśnie takim włazem do Niemców. Nie wytrzymał. Nikt go więcej nie widział. Prawdopodobnie Niemcy go złapali i zabili. Pamiętam zwidy, to zresztą potwierdzają wszystkie moje koleżanki. Idę i w pewnym momencie znów stoimy. Niedobrze umiałam pływać. Myślę sobie, jak będziemy wychodzić z kanału, wyobrażałam sobie, że kanał się obniża i wchodzi do Wisły. Szliśmy takimi ogromnymi burzowcami. Myślę: na pewno przez pewien czas trzeba będzie pod wodą przepłynąć. Tak się tego okropnie bałam. Stoję i raptem patrzę: woda jest oświetlona od góry latarką. Widzę wyraźnie oświetlone falki. Parzę do góry - zupełnie ciemno, nic nie widać... Przy drugim postoju patrzę i widzę w ścianie kanału schody w górę i drzwi. Doskonale to widzę. Do dziś pamiętam doskonale nawet taką metalowa poręcz. Myślę sobie: muszę zobaczyć, gdzie to się idzie, obracam się i z całej siły buch głową w ścianę. Nic tam nie było. Więc może wtedy ten kolega był obok mnie i mnie podtrzymał, dlatego później mówił, że mnie niósł.

- Jak wyglądało wyjście z kanału?

Wychodziliśmy na Alejach Jerozolimskich niedaleko Placu Trzech Krzyży.
Ostatni odcinek kanału szliśmy brudnym kanałem. Niestety ci, co szli a końcu, nieraz znajdowali kolegów, którzy tam padli. Na przykład kuzyn mój zginął w tych kanałach. Dostał raptem jakiegoś szału. Sanitariuszka, która szła obok niego, rąbnęła go z całej siły w twarz, żeby oprzytomniał. Oprzytomniał na chwilę, a później niestety umarł. Były też 2 siostry, bardzo dobre pielęgniarki. Gdy już wyszliśmy w Śródmieściu - ich nie ma. Moja kuzynka starsza ode mnie o 3 lata momentalnie zgłosiła się na ochotnika, i poszła z podporucznikiem ich szukać. Nie znaleźli ich, ale znaleźli jakiegoś człowieka, który stał przy wejściu do kanału. Powiedzieli, żeby poczekał chwilę, że oni idą poszukać sanitariuszek, i wrócą po niego. Ale jak wrócili, już nie żył. A wydawało się, że jest przytomny i w dobrym stanie. Nie znaleźli też tych dwóch. Dopiero po kilku godzinach ktoś wyprowadził jedną z nich. Opowiadała nam, że jej siostra zasłabła i została. Powiedziała nam: - wyobraźcie sobie, że ja nie wiem na 100 procent, czy ją zostawiłam umarłą... Wyglądała okropnie . Wszystkim oczy puchły od chloru. Ona miała tylko szpareczki. Mimo że później szukali jej siostry, nie odnaleźli jej..

- Jak to się stało, że po wojnie trafiła pani do Zakopanego?

- Miałam ciężką astmę oskrzelową. Do tego stopnia, że gdy biegaliśmy z braćmi, nigdy nie mogła z nimi biegać dłużej, ponieważ po kilkunastu krokach dostawałam ciężkiej zadyszki. Nic nie pomagało, żadne leczenia. To, że nie dostałam w kanałach astmy, to cud. Może psychiczne napięcie zahamowało te ataki? Po wojnie - dosłownie nie było rodziny, w które by ktoś nie zginął. U nas wszyscy przeżyli. Mama, gdy powstanie wybuchło, zostawiła małe dzieci w Laskach pod opieką, i powiedziała, że musi iść do Warszawy, bo my tam jesteśmy - ojciec i starsze rodzeństwo. Że ona musi być z nami. Uważam, że to też jest bohaterstwo. W ogóle nie wiedziała, gdzie kto jest. Wielu ludzi mówiło: zostawiła dzieci i poszła, ale wydaje mi się, że to z powodu jej ogromnego uczucia do ojca, że ona chciała być z ojcem. I trafiła w najgorsze miejsce - na Starówkę. Momentalnie tam się zgłosiła do szpitala do pomocy. Mama wróciła pierwsza do Lasek, do dzieci. Później wszyscy z rodzeństwa odnajdywali się. Mama dowiedziała się, że w Kuźnicach otwierają liceum gospodarcze, no i w ten sposób tu trafiłam.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Zaraz po powstaniu przyjechaliśmy całą rodziną jakimś wagonem towarowym. Mieszkaliśmy w Kościelisku. Później wyjechaliśmy i byłam chyba w Laskach. Z tych Lasek znów wróciłam do Zakopanego. Byłam zachwycona tymi górami, wszystkim wokół. To było dosłownie jakbym się do raju dostała. A z porucznikiem, z którym wyszłam z powstania, przeżywaliśmy wielką powstańczą miłość. On powiedział ojcu, że się oświadczy, że chciałby się ożenić. Ojciec na to: - Najpierw niech zda maturę. Nic przeciwko tobie nie mama, widzę, że jesteś porządnym człowiekiem. Ale chciał, żebyśmy przez 2 lata się nie widywali. On i tak był w Warszawie, ja w Zakopanem. Ja się zakochałam w górach. Gdy on przyjechał, ja raptem patrzę na niego i widzę, że mi minęło... Uważam, że to było dziwne... wydawał mi się, że to zakochanie w górach zatrzymało tamto uczucie. On był strasznie fajny, uczył się śpiewu, myślał, że będzie zawodowym śpiewakiem. Był szalenie wesoły. Dalej działał w wojsku konspiracyjnie. A do ojca przyszedł z wojskowym papierem, że porucznik Sulistrowski prosi o widzenie się z sanitariuszką Barbarą Grocholską. Ojca to tak rozbawiło, że mu podbił i podpisał. No i przyjechał do mnie. To było okropne przeżycie, gdy powiedziałam mu, że mi przeszło... Prosił, bym się bardzo zastanowiła, bo jeśli faktycznie nic z tego nie będzie, to on wyjedzie za granicę. A wtedy nie można było ta po prostu wyjechać. Ale wiedziałam, że on zawsze mógł coś skombinować. Powiedziałam, ze strasznie przepraszam, ale ... skończyło się. On jeszcze raz przyjechał z ojcem. Ten ojciec miał taki okropny żal do mnie, że w ogóle z samochodu nie wysiadł. Pożegnaliśmy się. Rzeczywiście wyjechał za granicę. Był długo w Paryżu, później wyjechał do Australii.

W Kuźnicach zimą organizowane tam były kursy narciarskie. Przed wojną jako dzieci mieliśmy narty i można było jeździć za sankami ciągniętymi przez konie. Pamiętam też, że próbowałam nart podczas pobytu w Rabce. Ale to dopiero właściwie w Kuźnicach się zaczęło. Był taki trener, nazywał się Topór. Chyba miał Rudolf na imię, a myśmy go nazywali Rudy. Powiedział: - Basiu, tym masz bardzo duży talent do nart. Gadał ze znajomymi instruktorami, że koniecznie powinni mnie zapisać do klubu. A mi było głupio zapisać się do klubu, bo wydawało mi się, że jestem stara. Przecież do klubu zapisują się dzieci. I co, pójdę i powiem, że chcę jeździć na nartach? W ciągu 2 lat zorganizowano 2 kursy narciarskie. Dyrektorka pozwalała nam już jeździć na Kasprowym, pod opieką lekarza, który był na stażu. Był jednym z najlepszych lekarzy onkologów. Dr Szacki z Krakowa, przemiły człowiek. Gdy pierwszy raz zjeżdżaliśmy do Gąsienicowej, na każdym skręcie leżałam, a okropnie się spieszyłam, żeby go dogonić! W pewnym momencie palnęłam się kijkiem w czoło. Gdy do niego dojechałam, on się pyta - co się pani stało? A krew się lała, myślałam, że z nosa. Tymczasem kijek rozciął mi brew, a ona trzasnęła, być może ze względu na duży mróz skóra była bardzo napięta. Doktor kazał mi przyjść do "Kabeki", gdzie zszył mi brew. Poznałam Stefana Dziedzica, na razie patrzyłam z zachwytem, jak jeździ łyżwą drogą kuźnicką, bo on był biegaczem, skoczkiem, a później dopiero zjazdowcem. Stefan, gdy dowiedział się, że lubimy jeździć na nartach, zapytał, czy nie chcemy iść z nim. A my - oczywiście, z zawodnikiem... Pojechaliśmy Goryczkową. Wpadłam pod smreka, tak, że nogi i ręce miał w górze. Nie mogłam się wydostać. Stefan mnie wydostał...
Pamiętam, że podczas pierwszych zjazdów do Gąsienicowej, to ze 20 razy mnie tam prasło. Narty dawali nam w szkole, z paskowymi wiązaniami.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


- Jak mogliście jeździć na tamtych nartach "ruchomych" wiązaniach nie trzymających pięty?

- Ja też nie wiem! Ja w ogóle sobie nie wyobrażam jak można jeździć, gdy pięta odchodzi. Po pewnym czasie przechodziło się na narty dla bardziej zaawansowanych. Na nich przy wiązaniach były sprężyny, które trochę już trzymały piętę. W tym czasie skończyłam szkołę, a moja rodzina dostała domek Szklarskiej Porębie na ziemiach odzyskanych.

Przez jakiś czas pracowałam na Kasprowym Wierchu. Wzięli mnie tam do pracy przemili ludzie. Przez pewien czas pracowałam na Kasprowym. Człowiek, który prowadził ten cały Kasprowy - Ludwik Ziemblic - był przemiły. Chodziłam z nim na wspinaczki, to była moja druga pasja. Przebiegłam te góry chyba z 1000 razy na wszystkie strony. Wspinałam się, gdzie tylko można było bez asekuracji. Ale ciągnęła mnie wspinaczka z liną. A Ziemblic był bardzo dobrym wspinaczem. Zabierał na moje wszystkie pierwsze wspinaczki.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Ale ja ciągle marzyłam o Zamarłej Turni. Poszłam tam z Janem Krupskim. A ponieważ podkochiwał się w mojej koleżance, poszliśmy razem. Przyszedł po mnie po pracy i wieczorem poszliśmy do Pustej, pod ścianę. To był chyba sierpień, cudowny wieczór. Niebo było tak wygwieżdżone, coś niesamowitego. Południowa ściana Zamarłej to było moje marzenie. Mieliśmy iść Drogą Klasyczną. Nikogo nie było wtedy na Kasprowym, chyba wyjechali na urlop, i nie miałam z kim zostawić psa z Kasprowego. To był przemiły pies i bardzo mnie lubił, bo zawsze go brałam na spacery. Nazywał się Dziumbir. Musiałam go wziąć do Pięciu Stawów. Człowiek był niespecjalnie bogaty... miałam podarte tenisówki, bo zawsze w tenisówkach biegałam, nie było innych butów. W nocy Dziumbir wariat chciał, żeby mu kamienie rzucać. Całą noc stawał nad człowiekiem z kamieniem, a jak człowiek już w końcu zasnął, to on puszczał kamień na głowę czy na nogi. A zimno było tak okropnie! Jeszcze nie mieliśmy specjalnie nic do jedzenia. Byłam tak zmarznięta, że rano musiałam skakać pół godziny, żeby się rozgrzać. Spaliśmy na rozłożonej linie, tuliliśmy się do siebie, ale nie pomagało. Rano Krupski mówi do mnie: - słuchaj, masz zanadto podarte te tenisówki. Koleżanka mówi: to ja ci swoje dam! A miała nowiusieńkie, białe. Ona miała nie iść, nie wspinała się. Wiec dała mi je, zamieniłyśmy się i ona pilnowała Dziumbira. Wyszliśmy na górę. Umówiliśmy, że ja Krupskiemu dam jej tenisówki, a ona przyczepi Dziumbirowi do obroży moje, bo Dziumbir miał do mnie wyjść lewą stroną ściany na przełączkę. Na górze podziękowałam mu strasznie, wyszłam i wołam Dziumbira. Koleżanka go puściła. Poleciał. Czekam i czekam. W końcu przylatuje uradowany... nie ma moich tenisówek. Myślę sobie: przecież nie dojdę do Kasprowego boso za żadne skarby! Mówię mu: Dziumbir, gdzie są moje tenisówki! Poszłam kawałek dalej i dosłownie 4 metry od przełączki leżały mój tenisówki. Widocznie się odczepiły. Droga mi się podobała nadzwyczajnie, jednak byłam tak zmarznięta i głodna, że nie byłam w najlepszej formie... Krupski był świetny.
Ale szkoła się skończyła, wszystko się skończyło, musiałam wrócić do Szklarskiej Poręby. Czułam się tak, jakbym była strasznie w kimś zakochana i tak bardzo za nim tęskniła.

- Czyli wyjechała pani z Zakopanego myśląc, że to już na stałe?

- Tak, bo nie miałam możliwości, żeby zostać. Przyjechałam z Zakopanego, gdzie już brałam się za narty i bardzo mi się podobało. Niby proponowali mi różne rzeczy, ale rodzina chciała, żebym była z nimi, ew. dalej się uczyć. Mama widziała, że jestem kompletnie załamana i w końcu zapytała się o to. I powiedziałam, że strasznie chciałabym być w Zakopanem. W wtedy w Zakopanem działał pan Vogel, wspinacz, naturalnie wszyscy się tu znaliśmy, bo chodziłam ile mogłam po tych górach, i przez narty. Prowadził dom dla komunistycznej organizacji młodzieżowej "Zryw". Napisał do mnie, że mogłabym tam być sekretarką. Miałabym pensję i mogłabym tam mieszkać. On uważał, że powinnam jeździć na nartach. Rodzice zastanawiali się, w końcu powiedzieli: jedź, spróbuj, tylko kto to jest ten gość?? Vogel uważał, że wszystko musi być naturalne, miał bzika na punkcie gór, miał zdjęcia gołych kobiet nad potokami... Dziwiłam się, jak te kobiety z nim wytrzymują, bo on był taki trochę obrzydliwy...Miał u siebie tak brud, dorsza razem ze skarpetkami. No ale dzięki niemu mogłam wrócić do Zakopanego. Naturalnie wszyscy myśleli, że jestem w tej organizacji "Zryw". A ja się już zapisałam do SN PTT.
Pracowałam wtedy w bufecie na Kasprowym u Ludwika Ziemblica. Sprzedawałam wodę z sokiem i mieszkałam na Kasprowym. To wtedy chodziłam na te wszystkie wspinaczki. Zimą, nim kolejka ruszyła, schodziłam sobie do Kotła, ustawiałam tyczki, i jeździłam. Gdy kolejka przychodziła, on brał tubę, której używało się na zawodach, i wołał: "Barbara, do bufetu!". Zbierałam tyczki i wracałam do pracy. To był cudowny okres. Mieszkanie na tym Kasprowym z widokiem na mój ukochany Krywań i pierwsze górskie wiersze. Poza tym oni byli tacy kochani, gdy był przestój, to pozwalali mi któregoś z braci zapraszać. Brat przyjeżdżał, mieszkał ze mną, chodziliśmy po górach. Mam jedno zdjęcie, gdy siedzimy Dziumbirem, bratem i synem pana Ziemblica, to byli jeszcze mali chłopcy. Raz pan Ziemblic dał im straszną burę. Okazało się, że chłopcy nasiusiali do pojemnika, w którym sprawdzało się opad.

- A jak się zaczęły pani starty?

- Pierwszym moim startem był Puchar Kolejki. Wtedy nie byłam jeszcze zapisana do klubu, a nie można było startować będąc niezrzeszonym. Naturalnie wszyscy już mnie znali. Wiedzieli, że jest taka dziewczyna, która dobrze jeździ. Jędrek Pęksa, instruktor, powiedział mi o zawodach, i że przyniesie mi deklarację członkowską. Podpisałam i mogłam startować. Już wtedy dostałam narty z SNPTT. Nie miałam pojęcia o smarowaniu, więc on mi te narty nasmarował. Byłam trzecia. Start był na górze, a meta w Kuźnicach. W czasie jazdy jakiś chłopaczek do mnie krzyczy: - Uważaj! Oglądam się, a za mną Hanka Bujakówna, ubrana w czerwoną wiatrówkę. Przejechała koło mnie jak wiatr. Miała świetne narty Bujaków, doskonale nasmarowane. Pomyślałam sobie: muszę ją dogonić! Pozycja- a jeszcze nie do końca wiedziałam, co to pozycja, i pchałam się tymi kijami! Te jej narty tak bardzo też nie jechały, więc dogoniłam ją na dole. Na podbiegu przegoniłam ją. Wydaje mi się, że pierwsza była Bujakówna, druga Wawrytkówna, ja trzecia.
Mieliśmy wiele obozów. Pamiętam doskonale, jak Orlewicz prowadził z nami treningi. Rano rozruch, wszyscy na korytarz, a Ciaptak - ponieważ on nigdy nie lubił trenować, gdy ktoś mu kazał, on zawsze - stawał oparty o framugę i pękał ze śmiechu, sam nic nie robił.
Raz przyjechało wojsko. Chodzili po grupach i wszystkich lepszych narciarzy ściągali do Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego. Większość lepszych zawodników poszła do tego wojskowego klubu. Zaraz dostaliśmy i stroje i wszystko. Były też miesięcznie jakieś małe pieniądze. Cieszyłam się, że gdy jadę do rodziny do Warszawy, w końcu mogę kupić czekoladki, i coś im przywieźć, bo tak to człowiek nigdy nic nie miał, głodny, bosy. Na tych obozach zaczęło się porządne szkolenie. Poznałam koleżanki - Teresę Kodelską z Warszawy, której ojciec był budowniczym budynków kolejki, i Marysię Kowalską.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Podczas obozu na Kalatówkach przed wyjazdem na olimpiadę do Oslo, przyjechali do nas panowie z Warszawy. Dziś w ogóle człowiek nie może sobie wyobrazić, co to było. Te typy musiały wiedzieć, czy jesteśmy ludźmi, których można wysłać na olimpiadę. Wobec tego i trenerów i nas wszystkich przesłuchiwali pojedynczo. Ja miałam najstarszego brata za granicą. Dziś nie mamy pojęcia, do jakiego stopnia jednak wtedy człowiek się bał. Nie wiadomo czego. Stryja mi aresztowali i nie wiadomo, co się z nim stało, a tego, aresztowali, a tych wywieźli... wykończyli tych z AK... Więc niby sobie myślałam: co się mają przyczepić, ale mogli się do ojca przyczepić, do tego, że byłam w powstaniu... Zapytali o , czy mam kogoś za granicą. Powiedziałam, że brata. - A co robi? - Mamy mało kontaktu, zdaje się, że architekturę studiuje w Belgii. Oni na pewno wszystko wiedzieli...Wieczorem wchodzę do pokoju, a Marysia Kowalska ryczy. Myślałam: znowu się zakochała. Nie chciała nic powiedzieć. Chyba z pół godziny ryczała. W końcu po długim czasie powiedziała, że oni jej kazali kapować. Podpisać, że będzie śledziła, czy nie mamy kontaktów za granicą, czy z kimś nie rozmawiamy. Dziś może ktoś osądziłby, że kapusiem była. Ale wtedy te młode dziewczyny i chłopcy w ogóle nie mieli pojęcia, o co im chodzi. Nigdy nie byli w konspiracji. A ona tak strasznie się tym przejęła, że powiedziała: - biorę rzeczy i idę do domu. Nie jadę na olimpiadę. Mówię jej: - Marysiu, nie wygłupiaj się, ty musisz przy każdym takim spotkaniu powiedzieć, że w ogóle się do tego nie nadajesz i w ogóle nie wiesz, o co chodzi. W końcu ją namówiłam, żeby została. Jeden chłopak na drugi dzień mówi: - słuchajcie, kazali mi na was kapować. - I co? - pytamy. - No i podpisałem, co miałem robić. Był też Marian Pękala, bardzo zacięty do nart. Mimo że trochę ułomny, dostał się do kadry i robił dobre wyniki. Grał na harmonii i fortepianie. Grywał w lokalach. Gdy po przesłuchaniu wrócił do chłopców, pytają go: tobie też kazali na nas kapować? - Co? Jak kapować? - Kapuś, kapuś! Tak samo nie wiedzieliśmy, kto z trenerów jest kapusiem. Nie wiem, czy nie wszyscy musieli podpisać. To było przed wyjazdem na olimpiadę do Oslo.
Jedziemy na olimpiadę. Przyjeżdżamy do Warszawy. Jedzie z nami Staszek Wawrytko. Raptem okazuje się, że on nie wyjeżdża. Ten chłopak był tak strasznie załamany! Mieszkaliśmy w hotelu na Krakowskim Przedmieściu. Idziemy sobie Teresa Kodelska, ja i Marysia po schodach po obiedzie, warunki cudowne, hotel - człowiek nie był w takich warunkach dawno, i widzimy straszą panią, taką okrąglutką, która mówi do nas: - O, widzę olimpijki. A która to Marysia Kowalska? - Mówię: - To ja! Bo zawsze wygłupiałam się. A ona: - Marysiu, to musisz do mnie zajść, bo ja jestem twoją ciocią. Patrzę kątem oka na Marysię, a jej się taka długa buzia zrobiła. Myślę sobie: - o, widzę cholerka, jaka ty ciocia jesteś. Mówię: - nie, nie, ja się wygłupiam, nie jestem Marysia. Musiała pójść do niej, ta jej mówiła, że musi uważać, byśmy na olimpiadzie z kimś nie rozmawiały, itd. A jak "świetnie" psychicznie to działało na biedną Marysię. Na olimpiadę wyjechaliśmy z kuframi, w których były stroje krakowskie. Ciągle państwa komunistyczne musiały coś tam lepiej robić niż zachodnie... Podczas wieczorów międzynarodowych jakeśmy wjechali krakowiakiem! Tamci z innych krajów robili jakieś wygłupy, a my krakowiak...
Jechali z nami kapitan, pani z ZMP. Wszystko odbywało się w takim napięciu... Kiedyś na trasie z Amerykankami spotkałyśmy starszą panią, która lubiła z nimi jeździć. Pytała, czemu się nie malujemy? Dała nam szminkę, i mówi: - umalujcie się. My pękamy ze śmiechu, malujemy się. Wygłupy. - To bierzcie szminkę, a jutro macie do nas przyjść i dam wam wszystkim szminki - mówi. Nie wiem, może ona chciała wywiad z nami robić? Po powrocie opowiadamy wszystko tej naszej zmp-ówce. - Co?! I wzięłyście szminkę od Amerykanki? I ona teraz pomyśli, że w Polsce nie ma szminek! Macie pójść do niej i odnieść szminkę! Mówię: - słuchaj, wszystko zrobię, ale takiej rzeczy nie. To już będzie wygłup ostateczny. Ciągle nas pilnowali, żeby nie było kontaktów... Nie wolno nam było w pojedynkę wychodzić.
Mogę powiedzieć, że w ogóle nie umiałam wtedy jeździć na nartach. Naprawdę. Miałam piekielną chęć do jazdy i mówili o mnie: - Basia - bardzo zdolna. Ale nie umiałam jeszcze jeździć. Przeważnie na każdych zawodach gdzieś tam wywaliłam się na bramce, lub mijałam bramkę. Zjechałam slalom. Nic nie pamiętam. Podchodzę do tablicy, a leżałam na trasie. Ale widzę, że niektóre zawodniczki też leżą. Patrzę na tablicę i liczę: jestem czternasta. Dla mnie to było super. Mi się wydawało, że w niebie jestem. Podchodzę do trenera i mówię nieśmiało: - Wujku ja zdaje się jestem 14. A on: - Zwariowałaś?
W gigancie wypadłam, a w biegu zjazdowym byłam 13. Dla mnie to była radość niesamowita. Gazety bardzo miło o nas pisały. Zasze było tak miło napisane: nasza Basia, lub coś w tym rodzaju.
Była wtedy też taka historia: umiera król angielski chyba, który jest krewnym króla norweskiego. Wszystkie ekipy opuszczają flagi na znak żałoby. Kraje komunistyczne nie. Bo cholera to jest król - monarcha. Dla nas to był wstyd okropny. To tak jakby przyjść do domu, gdzie ktoś umarł, i podskakiwać sobie na to. I ciągle był tego typu historie.

- Co pani najlepiej wspomina z okresu startowania: zawody, ludzi, przyjaciół treningi? Jak ocenia to pani po latach?

- Na pewno olimpiadę w Oslo. Dopiero zaczynałam, w dodatku doszły te wszystkie przeżycia z ludźmi naokoło, którzy nas pilnowali. Wspominam też ostatni start - Mistrzostwa Polski w Szczyrku, gdzie raptem znów dostałam astmy, i zdobyłam Mistrzostwo Polski. Może najbardziej zapamiętałam takie inne zawody. Wspominam też cudowne obozy. Gdy myślę o Jędrku Bachledzie "Ałusiu" - on był właściwie cały czas samotny, czy z zagranicznymi kolegami. Później, gdy był już lepszy, to bardzo często trenował sam. Przeczytałam jego książkę "Taki szary śnieg". Właściwie dla mnie ta książka była jakaś smutna. Mimo tego, że miał takie świetne wyniki... A u nas, na tych obozach, jeszcze za PRLu- zawsze był jakiś kierownik ZMP, który organizował poza treningiem czas wolny. Raz była nauka niemieckiego, albo była nauka tańca. Uczyliśmy się krakowiaka przed olimpiadą, często były też góralskie występy naszych. Świetnie tańczyli i śpiewali, nie mogłam się napatrzeć. To u nich było normalne, to był ich taniec i śpiew, nie byli w żadnym zespole.

- Kto jeździł na obozy?

- Zjazdowcy i zjazdówki oraz biegaczki trzymali się osobno, ale nie zanadto. Gdy wyjeżdżaliśmy dajmy na to do Gründenwaldu, jechały też biegaczki, bo miały tam zawody biegowe. Wszyscy byliśmy właściwie bardzo zgrani. Do dzisiaj z tymi dziewczynami, z którymi startowałam - biegaczkami - jestem w bardzo koleżeńskich stosunkach. Pamiętam, że gdy u nas brakło miejsca w pokoju, to ja zawsze szłam do biegaczek. Zjazdówki chciały być bardziej w swojej grupie, a ja bardzo biegaczki lubiłam.

- Wyjeżdżaliście na obozy za granicę, na lodowiec?

- W ogóle nie mieliśmy żadnych wyjazdów a lodowiec! Nic takiego nie było! Jak wyglądały nasze treningi? Przeważnie na nogach. Zawsze nam było za mało wjazdów na Kasprowy. Co ja wytrenuję, gdy trasę zjazdową mogłam 2 razy przejechać? Chciało się i 10 raz zjechać! Później, gdy byliśmy trenerami, było jeszcze gorzej. Gdy startowałam, nie było jeszcze tak źle, bo pracownicy kolejki, z którymi grałam w siatkówkę, puszczali mnie bokiem. Gdy byłam trenerem czasem na dwunastkę dzieci, a dali mi 8 biletów, i koniec, i cześć! I tylko raz można wyjechać na górę.
Nie pamiętam, jak sobie radziliśmy. Wojtek Gajewski raz mi powiedział, że na starych biletach był ten sam numer, tylko nieaktualna data. Gryźliśmy zębami po tej dacie... i wchodzili, wpuszczali ich...
Trzeba było jednak ciągle nadrabiać na nogach. Mieliśmy więc świetne przygotowanie kondycyjne, ale wyjeżdżenie... Gdy jechaliśmy na Zachód i widzieliśmy masę wyciągów w każdej miejscowości, w głowach nam się przewracało... Tam jeździliśmy pierwszy raz na wyciągach, jakich u nas nie było. Podczas zawodów bardzo często się wywracałam. Nie wiem, czy to była taka reakcja po powstaniu - może miałam już nie te nerwy. Nigdy nie pamiętałam slalomu. I bardzo często mijałam bramki, np. tuż przed metą. Nasi trenerzy byli bardzo fajni, ale jeszcze nie umieli pomóc zawodnikowi w takich sytuacjach. Ani psychologów nie było, gdzie tam... Sama kombinowałam: co tu zrobić, żeby na starcie przestać się denerwować. Nieraz mi koleżanki mówiły: tobie to fajnie, bo ty się nie denerwujesz. Bo ja stałam bardzo spokojnie. Później jeden lekarz mi powiedział, że u mnie następuje "przedenerwowanie", zamyka mi się, że mogę szybko wyjechać i zjechać. Z tego powodu następuje takie "oklapnięcie". Oni to nazywali "hamowaniem ochronnym". Bardzo zazdrościłam kolegom i koleżankom, bo oni do momentu startu denerwowali się, a później jechali, jak nie wiem co, nic im to nie przeszkadzało. A ja niestety nie.

-A lubiła pani starty?

- Tak. Bardzo lubiłam. I bardzo lubiłam bieg zjazdowy. Co prawda przed biegiem zjazdowym pół nocy jeździłam po trasie... Tak że przed tą konkurencją byłam niewyspana.

- Pilnowano wam diety?

- Może z tym jedzeniem nie było w Polsce najlepiej, ale w Imperialu mieliśmy nadzwyczajne! Nie żeby specjalne diety, ale po prostu świetne jedzenie. W lecie też mieliśmy obozy. Świetne zabawy na kajakach. Np. jeden wyjeżdżał i chował się. Reszta musiała go złapać, a on miał wrócić! Mieliśmy gimnastykę akrobatyczną, którą też bardzo lubiłam, bardzo dobrze prowadzoną, treningi wspinaczkowe w górach, też je bardzo lubiłam. Pod koniec wprowadzili też narty wodne. Wydaje mi się, że czuło się przez te lata, podczas których startowałam, "odpuszczanie" PRL-u. Np. na jedne zawody za granicą przyjechał mój brat "na czarno". Byłam przerażona, żeby ktoś nas nie zobaczył, jego by zaaresztowali, mnie pewnie też. Gdy go zobaczyłam, w ogóle nie wiedziałam, że to on. A zobaczyłam go po raz pierwszy po 10 latach, odkąd skończył 18 lat. Wtedy miał 28... Podszedł do mnie rumuński dziennikarz i mówi: podobasz się mojemu znajomemu z Belgii. Podchodzi ten znajomy z Belgii, był w dużych okularach. Dziennikarz mówi: - to ja was zostawię, i poszedł. Patrzę na niego - to było niesamowite - i mówię: - czy to ty? Nakazał tajemnicę, był na paszporcie kolegi Belga... 2 lata później też przyjechał zobaczyć mój start, ale już normalnie, otwarcie. Wtedy przemiły redaktor Suszko opisał to nasze spotkanie.

- Gdzie trenowaliście zimą? Czy to był tylko Kasprowy?

- Kasprowy, ale nie tylko. Trenowaliśmy również na Kondratowej, gdzie był później wyciąg, treningów tam nie pamiętam, ale podczas zawodów z niego korzystaliśmy. Oczywiście deptaliśmy trasy. Mieliśmy również treningi pod Świnicą. To była nasza wieczna lodówa. Panowały tam świetne warunki. Zjazd z Przełęczy Świnickiej był cudowny. Stawialiśmy sobie w kotle slalomy, zostawialiśmy narty w skałach. Zawsze baliśmy się, że ktoś je nam ukradnie. Raz ktoś krzyczy, że nie ma jego nart. Myśleliśmy, że ktoś ukradł. Okazało się, że świstaki się do nich dobrały. Cale pogryzły. Bardzo lubiłam treningi pod Świnicą. Tam trenowaliśmy późną wiosną, gdy już Kasprowy nie chodził. Trenowaliśmy też w rejonie Morskiego Oka, albo nad Czarnym Stawem, to było chyba tylko raz,. Później z dziećmi jeździłam pod Mięguszami.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


- Jak długo pani startowała?

- Ostatni start miałam w 1968 roku, , a zaczęłam w 1948. 20 lat.

- Jak się zaczęła pani praca trenera narciarskiego?

- W czasie startów prowadziłam w AZSie marszobiegi z dziewczynkami. Dostawaliśmy grosze, ale zawsze coś. Pamiętam, że gdy biegłam z dziewczynkami, a byłam wtedy w pełni formy, wybiegana jak nie wiem, jeszcze nie bardzo się orientowałam, że tym dziewczynom trzeba zrobić trochę lżejszy trening. Pod koniec oglądałam się, a połowy nie było! Na obozach mieliśmy kursy - najpierw instruktorskie, a później trenerskie. Robiłam je w Krakowie, Poznaniu, Zakopanem. Jak tylko nie startowałam, zaczynałam trenowanie. Wtedy już mieliśmy własne dzieci. Naturalnie bardzo chciałam, by córki jeździły. Mam bardzo mieszane uczucia, bo człowiek był tak rozgrzany startowaniem i tak to kochał, że wydawało mu się, że wszyscy tak będą to kochać. A nie każdy był tak mocny jak ja. Moja starsza córka momentalnie miała z kolanami problemy. Od małego jeździły, budowaliśmy im z mężem górkę przed domem, one sobie tam łaziły. Pierwsze zawody, na które prowadziło się dzieci, to był "Koziołek Matołek". Najpierw trenowaliśmy je "domowo". Myślałam, że gdy skończą się moje starty, zacznę pracować jako trener w Centralnym Klubie Sportowym. Ale Ciaptak pokłócił się z mężem. Mężczyźni jakoś nie umieją sobie powiedzieć... Mąż powiedział, że wypisuje się z klubu. Wobec tego powiedziałam, że ja też. - Bo jak ty będziesz gdzie indziej na obozach, a ja gdzie indziej, to w ogóle możemy się rozwieść, bo i tak się nie będziemy wcale widywać - stwierdziłam. Wtedy przeszłam do "Startu" i tam zaczęłam pracę trenerską. Prowadziłam dzieci ze szkoły nr 2 na Skibówkach, z tym, że znajomi zapisywali do mnie też swoje dzieci, z innych szkół. Ta pierwsza grupa - to były cudowne dzieci. Trenowaliśmy nie tylko na pierwszych śniegach, ale nawet szronach! Jak tylko szron był w górach, to szliśmy na Karczmisko i jeździliśmy tam na nartach. Pamiętam, że Tomek Gluziński był wtedy ze swoją grupą w górach na nogach. Wracają sobie na dół, patrzą: a my na nartach. - Słuchajcie - mówię - jesteśmy przed nimi! Bo ciągle była rywalizacja pomiędzy trenerami. Niestety nie wychowałam mistrza olimpijskiego. A jak nie ma mistrza olimpijskiego, to jednak człowiek czegoś nie ma. Zawsze będą dużo więcej o Fortunie, który właściwie zrobił jeden wynik, niż o Ciaptaku, który miał masę świetnych wyników, a tego jednego nie. Nabór był bardzo szeroki. W Zakopanem było siedem klubów. Każdy miał swoja szkołę, każdy trener miał swoich zawodników. To było strasznie fajne. Zawsze spotykaliśmy się na pierwszych śniegach, i na ostatnich, na wiosnę też myśmy byli. Pierwsza grupa to był 57. rocznik. Naprawdę świetnie jeździli. Pech chciał, że takiego talentu, by był mistrzem olimpijskim, nie było. Ja trenowałam ich od podstaw i prowadziłam kilka lat ich do momentu, gdy przechodzili do kadry, gdy robili już wyniki. Zaczynali trenować, gdy byli w młodszych klasach podstawówki.

- Lubiła pani tę pracę? Czy dzieci łapały bakcyla?

- Tak. W szkole ogłaszało się nabór. Na pierwszy trening przychodziło ok. 30 dzieci, lub nawet więcej. Zaczynaliśmy treningi na sali, boiskach, spacery w góry. Bardzo szybko połowa odpadała. Jednemu się nie podobało, drugi był klucha i w ogóle się nie nadawał, trzeci zrezygnował, bo rodzice powiedzieli, że się nie uczy. Zostawała naprawdę świetna grupa. Mogłam im powiedzieć: dziś idziemy nie wiem gdzie, i już - gotowi byli!

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Nie tylko uczyłam ich narciarstwa. Bardzo fajna była taka przyjaźń między nami. Zawsze im mówiłam, gdy wyjeżdżaliśmy na Kasprowy: - Popatrzcie się najpierw, czy ładna pogoda, i w ogóle, jak jest. A nie, że jak zjedziecie na dół i ktoś spyta: jak było na górze, nie będziecie wiedzieć. Zawsze trzeba zobaczyć, co jest ładnego, i skorzystać z tego. Wasi rodzice i koledzy nie mają tego. Tak im mówiłam: my tu jesteśmy w tych śniegach i deszczach, a oni siedzą przed telewizorem. Mówiłam ich na niekorzyść tamtych... Na treningi przychodzili wszyscy, lało czy nie lało. Cała grupa była świetna.

Fot. Archiwum Barbara Grocholska-Kurkowiak


Zastanawiałam się, jakie treningi robić jesienią. Wymyśliłam - a Park jeszcze wtedy nie pilnował - że wychodziliśmy stromymi żlebami po trawach, biegaliśmy slalomem. A było bardzo ślisko. Wykombinowałam, żeby kupili korki piłkarskie. Trochę je obcięłam. Znakomicie się zbiegało po zboczach. Leciało się jak po równym. Raz jeden z chłopaków zapomniał sobie korków. Biedny - dopiero zobaczył różnicę. Momentalnie leżał, i co 2 kroki jechał na siedzeniu, coś okropnego.
W drugiej grupie też były 2 moje córki, bo miałam czwórkę. W trzeciej grupie były świetne dziewczynki, m.in.. Magda Stoch. Później wyszła za mąż za zawodnika, prowadzi teraz szkółkę dla dzieci. Wydaje mi się, że nie umieli jej poprowadzić w kadrze. Gdy widzę, co ona teraz - mężatka, z 3 dzieci wyprawia - jeździ konno, lata na lotni, wyjeżdża, zdobywa... widać, że ma charakter. Może, gdyby ją przytrzymali w kadrze, miałaby lepsze wyniki, choć i tak miała bardzo dobre, mimo, że to się raptem skończyło. Bo gdy ja oddawałam dzieci do kadry, obserwowałam, co z tego wyniknie. U chłopców bardzo często następowało zderzenie z nowym trenerem - bardzo niekorzystne. Mi np. było obojętne, jakie który chłopak ma włosy... A w kadrze trenerzy zaraz chcieli chłopaka "osiodłać".

Mieliśmy bardzo dużo treningów. Nie było wtedy sztucznego śniegu. Chodziliśmy na wszystkie pierwsze i ostatnie śniegi - gdzie się dało. Nie było też połowy wyciągów. Dziś kilkuletnie dzieci jadą na lodowce i trenują. Moi wyjeżdżali dopiero, gdy byli w kadrze. Gdy oddawałam grupę do kadry, brałam następną. Ale to był trochę smutny moment - "puszczało się" swoją grupę, już wyjeżdżoną, świetnie się znającą. Część szła do kadry, część odchodziła. I brało się nowe dzieci...

Autor: Agnieszka Szymaszek