Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Przewodnictwo i ratowanie ma we krwi

Dodano: Czwartek, 7 styczeń 2010 / Ilość wyświetleń: 2680- Pochodzi pan ze słynnej rodziny przewodnickiej. Czy brał pan kiedykolwiek pod uwagę, że pójdzie pan inną drogą, że nie będzie pan przewodnikiem?

- Z przewodnictwem moja rodzina związana jest od czterech pokoleń. Jednym z pierwszych przewodnikiem był mój dziadek Jasiek Byrcyn Gąsienica. Prowadził w Tatry Walerego Eliasza Radzikowskiego, był też namalowany przez Walerego Eliasza. Widać go na obrazie z 1895 roku przy Morskim Oku, z paniami. Z tyłu Mnich. Obraz o wymiarach 70 na 50 cm podziwiać można w Willi "Koliba". Miał na koncie pierwsze wejścia, m.in. na Szatana najkrótszą drogą. Chodził na akcje ratunkowe, np. po Karłowicza w 1909 roku. Po Karłowicza poszli mój ojciec i dziadek. Dziadek zmarł w 1925 roku mając 80 lat. Pochodził z Gładkiego, przyjaźnił się wieloma ówczesnymi przewodnikami, takimi jak Tomasz Gąsienica, czy Jan Ciaptak, który zdobył północną ścianę Giewontu z prof. Znamięckim. Była to ciekawa postać. Nauczył przewodnictwa swojego syna, a mojego ojca Staszka. Ojciec został przewodnikiem na początku 20. wieku. W 1906 roku był już przewodnikiem pierwszej klasy. Uczestniczył w wyprawie ratunkowej po Klimka Bachledę. Chodził w Tatry z generałem Zaruskim. Generał opisuje to w książce "Na bezdrożach tatrzańskich".


Jako przewodnik tatrzański z wycieczką. Fot. Franek - Ferko Spytek.



Dziadek oprócz przewodnictwa jeździł furką po gości do Chabówki. Przewodnicy to wcześniej byli wozacy, którzy pracowali w Kuźnicach u Homolacsy. Wozili z Kopy Magury rudę, drzewo ... a jak był czas, to jechali po gości, bo wiemy, że kolej z Chabówki do Zakopanego nie tak dawno zostało wybudowana niedawno... obchodziliśmy stulecie.
Cała familia Gąsieniców jest związana 500 lat z tą ziemią. Na Gładkiem w każdym domu Gąsienica mieszkał. Teraz to się już trochę wymieszało. Nad nami położona jest najstarsza polana, która, jak głosi legenda nazywała się Polana Zakopiska. Tu osiadł, według legendy, nasz pierwszy człowiek, który zakopowoł tam owies, stąd nazwa Zakopane.
Całe dziedzictwo pasterskie nasze było w rejonie Kasprowego Wierchu. Myśmy się wychowali pod Kasprowym, w Dolinie Kasprowej. Na wakacje szliśmy paść owce, tzw. jorki, owce niedojne. Wchodziliśmy do Jaskini Kasprowej Wyżniej i Niżnej, szukaliśmy złotych jajek, które znosi złota kaczka, jak głoszą rozmaite podania. Wzrastaliśmy, gdy w jednym szałasie bacował mój brat po matce - Stanisław Gąsienica Byrcyn. Mam ojca Staszka, brata Staszka i syna Staszka.

- Po tej opowieści widać, że nie mógł pan zostać nikim innym, jak przewodnikiem

- Byłem wyuczony zawodu wod-kaniarskiego. Ojciec też, oprócz tego, że był przewodnikiem, był blacharzem, dekarzem. Jak była bieda to i garnki klepał, rury, dachy przykrywał. Ojciec mój brał udział w I wojnie światowej, potem spędził na Syberii 9 lat, dotarł z powrotem dopiero w1922 roku, zastał zrujnowany dom.

- Co stało się z własnościami w Dolinie Kasprowej?

- Zostały wzięte pod Tatrzański Park Narodowy. Zostaliśmy wypłaceni w porządku, pretensji nie mamy, zapłacili nam parę grosiąt. Wtedy metr kwadratowy Hali był w cenie bułki kajzerki. To jak dziś pamiętam.

- Ile miał pan lat, gdy zaczął pan prowadzić ludzi w góry?

- Było to przed samym wojskiem, czyli musiałem mieć skończone 18 lat. Poszedłem do pracy, od razu do pogotowia. Popracowałem przed wojskiem parę tygodni, i potem na zimę poszedłem do wojska. Służbę wojskową odbyłem w Krakowie. Wróciłem tu, pracowałem w zawodzie wod-kaniarskim, wiele rzeczy się robiło. Od razu też zacząłem pracować jako ratownik w pogotowiu. Pracowałem do emerytury, na którą przeszedłem mając 55 lat. W wieku 52 lat miałem zawał serca, po katastrofie śmigłowca w Dolinie Olczyskiej. To byli moi koledzy, najlepsi przyjaciele, z którymi wiele przelatałem. Bo jako ratownik pokładowy przepracowałem 35 lat "na śmigle". Byłem jednym z pierwszych ratowników, którzy kończyli ratownictwo śmigłowcowe.

- Obserwował pan pracę pogotowia prze wiele lat. Jak zmieniało się ratownictwo na przestrzeni kilkudziesięciu lat?

- Bardzo się zmieniało. W najgorszych sytuacjach, gdy finanse były słabe, trzeba było chodzić z puszka po prośbie, by sprowadzić tobogan, czy jakikolwiek inny sprzęt ratunkowy. Gdy pracowało się zimą czy latem 4 miesiące, to cudów nie zarabialiśmy. Dlatego bardzo często prócz pracy w pogotowiu utrzymywaliśmy się tak, jak dawniej dziadki: z przewodnictwa. Chodziliśmy też filmowcami, zabezpieczaliśmy plan, i zarabialiśmy dodatkowo.


Na planie filmowym.



Oczywiście przy tej pracy dodatkowej też od czasu do czasu były nieszczęśliwe wypadki. Np. spadliśmy z lawiną na planie filmu "Akcja" Surdela. Wszyscy myśleli, że to specjalnie. Wszystko jest sfilmowane. Najbardziej poszkodowany był wtedy Franek Spytek.
Byliśmy wychowani w duchu pracy w pogotowiu. Jak byłem mały, to nosiłem ojcu obiady, bo dyżury czasem trwały 12 albo 24 godziny. Przy okazji człowiek był zaciekawiony opowiadaniami. Bo w starej siedzibie zawsze się toczyły piękne opowieści. Każda wyprawa ratunkowa była omawiana. Co zrobiło się dobrze, co źle. Uczyliśmy się wszyscy - na błędach, na wzlotach i upadkach. Pogotowie zrzesza bardzo wielu ciekawych ludzi. Każdy to wielka indywidualność. Od każdego można się czegoś dowiedzieć. Np. doktora psychiatrii, a później profesora, wykorzystywaliśmy, by nam opowiedział, dlaczego tak się dzieje, że gdy wieje halny, ludzie są dla siebie nieuprzejmi, popełniają samobójstwa, dlaczego odczuwa się wpływ halnego nawet daleko. Potem turystom się opowiada, by, jeśli będzie się mieć na wiatr halny, ściągali apaszki z karku przez głowę, na 2 węzły mocno pod głową wiązali, żeby im dekla do góry nie dźwigało.

- Czy w czasie pracy w Pogotowiu miał pan jakieś niebezpieczne wypadki?

- Muszą być niebezpieczeństwa. Pracujemy przecież się w terenie górskim. W tym terenie istnieją niebezpieczeństwa górskie: nie tylko lawiny, ale mgła, śnieżyce i zawieruchy. O co by się nie spytać, to te niebezpieczeństwa były. W samym Morskim Oku w czasie akcji ratunkowych spadłem 5 razy z lawinami. Chwała Bogu, że żyję. Co będziemy więcej gadać.
W Mnichowem Żlebie zasypało nas siedemnastu, razem z psem... Najbardziej poszkodowany był Jasiek Roj. Było potężne szarpniecie, Jasiek spadł 200 metrów. Winda szwajcarska pękła. 17 osób znalazło się pod śniegiem. Ostali się tylko dlatego, że byli przywiązani do liny poręczowej.
W każdej jednej dziedzinie, obojętne, czy to będzie ratownictwo letnie, czy zimowe, są niebezpieczeństwa. A wyprawy do jaskiń... Ile razy tak było, że podczas szkoleń nie mogliśmy znaleźć pozoranta... Człowiek się uczy na błędach też... Ale gdy te błędy się popełnia, to trzeba je opisać, tak jak Austriacy. Oni się tego nie wstydzili, że doszło podczas szkolenia do wypadku, gdy zginął pozorant. Jama była źle wybrana, on leżał nie tak jak powinien, zagniotło go. Trzeba pamiętać o tym, że metr sześcienny śniegu na wiosnę waży do 800 kg. Takiego mądrego jeszcze nie ma, który by powiedział, że dziś o godzinie 11 tu do potoka zjedzie Byrcyn z lawiną. Stresy były od początku ... Gdy małym dzieckiem byłem, tośmy wodę nosili z potoka. Wysłali mnie po wodę, niosłem ją w nosidłach. Najpierw musiałem odkidać śnieg, a gdy odkidałem do połowy, urwał się potok i wjechałem do jaru, na stojąco mnie zasypało razem z tymi nosidłami. Wystawała mi tylko głowa. Podczas wywiadu pytają, czy miałem stresy... Wystarczy lot śmigłowcem ratowniczym w warunkach nieodpowiednich. Wchodzi się do Doliny Pustej i raptem 20 metrów spada się w dół. Dziś wszystko wykonuje się na dobrym sprzęcie, można być mistrzem świata. Ale żeby się tego nauczyć, trzeba było robić to po raz pierwszy, i to często na sprzęcie gorszym, nietestowanym, bo innego nie było.


Szkolenie śmigłowcowe w TOPR. Fot. Franek - Ferko Spytek.



Podczas obchodów 60-lecia ratownictwa na trawersie Zamarłej Turni odbywały się pokazy. Stanisław Marusarz przyprowadził całą wycieczkę, gości honorowych, ministrów, z zagranicy. A wówczas naganiali nas, byśmy do ratownictwa zdawali matury. Rozpoczęły się pokazy. Wołają: "ratunku, help me!", a ja wziąłem tubę i krzyczę: - nie bedem cie ratował, bo ni mom matury! Koniec! Stąd wziął się taki humor w Szpilkach. Taki obrazek właśnie narysowali.
Obojętnie w jakim czasie większość ludzi, którzy pracowali zawodowo i chcieli się przyczynić do rozwoju ratownictwa, bardzo dużo ryzykowali. Nawet stanowiskami pracy. Ale tak byliśmy wychowani od małego chłopca: żeby drugiemu człowiekowi pomóc, to pół życia trzeba poświęcić, by się tego fachu nauczyć.

Parę kobiet mieliśmy w pogotowiu. Były i taterniczki, ale starzy to nie bardzo byli zadowoleni. Miałem kiedyś dyżur ze Stanisławem Marusarzem, a wtedy przyjęli dziewuchę jedną do pogotowia. Ale jemu coś się to nie widziało okrutnie. I tak siedzi, kiwie głową, mrucy coś, stęka, pucy, i tak godo: wies co Kazek tak mi się widzi, po co to przyjmują te baby. Ja mówię: - dobrze, w biurze będą pracowac, herbaty wujkowi zrobią - bo do starszych tak się zwracaliśmy. A on dalej ugodoł, umrucoł, umrucoł. Za pół godziny znowu sobie przypomniał, i godo: - ratownika to z niej nie będzie, ale striptizerka kosówkowo to na pewno.
To dość ciężka robota. Pomagała nam Monika Rogozińska, Zofia Paryska była w pogotowiu, ciotka Krzeptowska nigdy nie była, ale uczestniczyła w wyprawach ratunkowych, jak trza było. Chodziła też Bigoska, którą Bartuś Obrochta uczył grać, a ona z kolei Władka Trebunię nauczyła.

- Miał pan jakieś bliskie spotkania z niedźwiedziami?

- Pewnie! Jak się drzewo rąbie to i drzazgi lecą. Tego roku chodziłem dość dużo z młodzieżą, to widziałem z 5 razy niedźwiedzia. I na Hali Gąsienicowej, i w Olczyskiej, i na borówkach... On tam se z boku stoi, jak się do niego nie zyzo, to nic nie zrobi. Kiedyś byłem na obstawie rajdu wysokogórskiego. Zakończyliśmy go bodajże na Kalatówkach. Już na drodze spotkaliśmy się z misiem. Ja mam swoja metodę na niedźwiedzia. Jak zobaczę niedźwiedzia, ściągam buta. Mam 42. numer, ale śmierdzi jak 150! Niedźwiedź ucieka!

- Czy klienci cieszą się górami, czy ich to w ogóle interesuje?

- To zależy, co wynieśli z domu, ze szkoły. Większość to w ogóle nie wie, po co, ani gdzie idzie. Czasem trafi się fajna grupa. Trudna wszystkich brać pod jedną krechę. Są tacy i tacy. Trzeba to wyczuć, zobaczyć, co się ma, czego ci ludzie chcą, co ich interesuje. Bo jak ich od samego początku interesuje Mc Donalds, to trzeba ich do ogłupialni, nie w góry. To wtedy góry i kościoły z zewnątrz, a karczmy od wewnątrz! Chociaż byś mu serce dał, to on i tak ma cię w nosie. Patrzy, żeby tylko papierocha pociągnąć, albo jakiego procha. Ale są i fajni ludzie. Bardzo fajna młodzież jest z Wielkopolski. Są zdyscyplinowani.

- Proszę jeszcze opowiedzieć, jak to pana ojciec Lenina ratował?

- Opisane to jest w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej: Stanisław Byrcyn z towarzyszami udzielili pomocy Leninowi, który wraz z Romanem Malinowskim znajdował się pod Zawratem w szczelinie śnieżnej, i o własnych siłach nie mógł się wydostać. Pamiętam, że przychodzili tu do domu dziennikarze rozmaici, którym ojciec opowiadał tę historię. Gdy obchodził rocznicę pożegnania z pogotowiem, przyjechali go odznaczyć. Było to w latach 50. Dostał krzyż kawalerski. Wtedy prezesem pogotowia był Jurek Ustupski. Mówi: - Stanisław, opowiedzcież, jak ratowałeś Lenina. - No kiebyk był wiedzoł, że to Lenin, to byłyby inne losy w Europie - opowiedział ojciec.

Autor: Agnieszka Szymaszek