Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Na nartach i na motorze

Dodano: Poniedziałek, 25 styczeń 2010 / Ilość wyświetleń: 2035 -Kiedy pan po raz pierwszy stanął na nartach?

- Ojciec jako zawodnik, a później przez wiele lat szkoleniowiec, był tym, który mnie wprowadził jako młodego człowieka w narciarstwo, uprawianie sportu. Natomiast to na samym początku oddał sprawę mamie, która mnie, 4-letniego brzdąca prowadziła po Kasprowym.

Jako 4-latek z mamą na stokach Kasprowego Wierchu


- A później, w jaki sposób zaczął pan jeździć, po tych pierwszych lekcjach z mamą?

- Ojciec zorganizował tzw. szkółkę narciarską, byłem jednym z jej młodszych uczestników. Konsekwencją tego było późniejsze przejście - byłem wtedy młodzikiem - do klubu Wisła Gwardia w Zakopanem, gdzie trenowałem do końca kariery sportowej w 1970 roku, kiedy to obroniłem tytuł magistra inżyniera na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Po zakończeniu studiów zgłosiłem się do klubu z zapytaniem, jaki jest kalendarz imprez, i jak mogę przystąpić do treningu i jeszcze popróbować startów, nim podejmę pracę zawodową. Wtedy w klubie wysłali mnie od trenera do sekretarza klubu, ten zaś wysłał mnie do magazyniera. Magazynier - człowiek bardzo bezpośredni, powiedział: - Dobrze, że cię widzę, zwróć cały sprzęt, który masz na stanie. Pytam się: - Dlaczego, czy to jakaś inwentaryzacja? - Nie, już nie jesteś naszym zawodnikiem, bo Zarząd klubu postanowił, że skoro skończyłeś 26 lat, to powinieneś zakończyć karierę sportową. Dostałem 1000 zł nagrody za dobre wyniki sportowe, i mimo że byłem złotym medalistą w zjeździe, w 1970 roku w klubie postanowiono, że nie będą korzystali z moich usług.

Starty,zawody, treningi


Starty,zawody, treningi


- Nie próbował pan w innym klubie?

- Nie. Ojciec mnie nauczył, że jeżeli nawet były jakieś propozycje lepszych warunków w innym klubie, to jednak członkostwo w klubie, który cię wychował, wykształcił, wiąże się z pewnymi konsekwencjami - zobowiązaniami w stosunku do klubu. Natomiast po tym smutnym zdarzeniu doszedłem do wniosku, że ta więź klubowa jest wtedy, gdy i klub w stosunku do zawodnika ma jakieś zobowiązania. Natomiast w tej sytuacji wyszło na to, że klubowi na tym specjalnie nie zależało. Ja za kilka miesięcy musiałem iść do pracy, bo miałem ufundowane stypendium. Na tym się moja kariera zawodnika skończyła. Potem były próby podjęcia pracy trenerskiej. Również poszedłem na dwie rozmowy do klubu. Były tam 2 obce osoby. Trzeba wspomnieć, że pod koniec lat 60 i w latach 70 klub Gwardia Zakopane był klubem pionu milicyjnego. W rozmowie z kandydatem do pracy uczestniczyli nie tylko działacze klubowi, ale także przedstawiciele milicji. Gdy dowiedzieli się, że mam w dodatku ukończone wyższe studia, zaproponowali bardzo wysokie wynagrodzenie, nie pamiętam już dokładnie, ale chyba 4 raz wyższe niż wtedy otrzymywali trenerzy, zwrot sortów mundurowych, jednorazowo co rok bezzwrotną pożyczkę na remont mieszkania, w sezonach zimowych tonę węgla za frajer. Lukratywna propozycja. No dobrze, pytam się, ale z jaką grupą będę miał zajęcia. - Jeszcze nie wiemy, na razie chodzi o to, że będzie pan zatrudniony nie w Zakopanem, ale na etacie oficerskim milicji w Woj. Nowosądeckim i wtedy rozkazem komendanta milicji.... - Ale ja chcę pracować jako trener, do pracy w milicji nie bardzo mam ochotę się angażować - mówię. Dziś mogę powiedzieć, że gdybym przyjął tamtą propozycję, od 20 lat byłbym na emeryturze, miałbym fantastyczne warunki, i być może byłbym wśród tych, którzy protestują, że im się wyższe emerytury ubeckie należą. Niemniej jednak mogę patrzeć do lustra przy goleniu. Później podjąłem pracę trenerską w AZS Zakopane. Sport akademicki był mi bardzo bliski. Zająłem się szkoleniem grup, które reprezentowały nas na akademickich mistrzostwach świata, no i normalną klasą klubową.

Na stokach Kasprowego Wierchu


- Chciałam zapytać o pana starty, przede wszystkim o start w zimowych igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku w 1964 roku. Jak pan go wspomina? Osiągnął pan tam duży sukces.

Legitymacja na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Innsbrucku w 1964 r.


- Trudno to nazwać sukcesem. Rok wcześniej na tej samej trasie, bez przygotowania treningowego, nie miałem żadnych problemów. Bez przygotowania, bo będąc na studiach jeden rok poświęcałem bardziej nauce a mniej sportowi, i ten poprzedzający olimpiadę rok był właśnie taki - byłem może w sezonie 20 razy na nartach. Natomiast w roku olimpijskim nie tyle fizycznie, co technicznie nie czułem się zbyt dobrze. Miałem duże problemy, jeśli chodzi o treningowy przejazd tą trasą. Może były trudniejsze warunki. Znaczenie mają też wypadki śmiertelne na treningach. Dwukrotnie po upadku znalazłem się w lesie, ale tak mi się udało, że nie trafiłem w drzewo. W związku z tym ten mój start był nienajlepszy. Ukończyłem go jako drugi zawodnik z krajów nie alpejskich, byłem 24 w zjeździe. Był taki odcinek trasy, który sprawiał mi duże problemy z przejechaniem, i w związku z tym pierwszy raz w życiu, przed wjazdem w trudny odcinek, wymusiłem na sobie, żeby jednak zwolnić. Nie miałem doświadczenia ile, okazało się, że za bardzo, i później dało to taki właśnie wynik końcowy.
Zaraz po olimpiadzie była Uniwersjada. Niemal od razu z Insbrucka pojechaliśmy do Szpindlerowego Młyna. Tam jakoś się troszkę otrząsnąłem, poczułem się lepiej, udało mi się wygrać gigant, i zająłem trzecie miejsce w kombinacji, co dało mi 2 medale.

- Które ze swoich startów, czy w Polsce, czy za granicą, najlepiej pan wspomina?

Starty, zawody



- W 1960 roku brałem udział w Kryterium - to były coś jak Mistrzostwa Europy Juniorów. Wtedy też pojawiły się metalowe narty zjazdowe. Przyjechała ekipa francuska, w której był młody chłopak, mój rówieśnik, bo dzielił nas wiekowo 1 dzień - Jean Claud Killy. Już wcześniej mieliśmy kontakty sportowe. Miał takie narty, pozwolił mi ich nawet dotknąć przed startem, no, ale szczęście było po mojej stornie. Pierwszego dnia wygrałem gigant, z niezbyt ciężkim w konsekwencjach upadkiem. Ale mimo to wygrałem, i to z przewagą 1 sekundy i dwóch dziesiątych. Drugiego dnia był slalom. Pierwszy przejazd wygrałem dość znacznie, natomiast przed drugim przejazdem trema doprowadziła do tego, że w ogóle nie wiedziałem, czy dam radę zjechać na dół. Jakoś tam sobie dałem radę, w drugim przejeździe zająłem trzeci czas, ale sumarycznie i tak wygrałem drugą konkurencję. Trzecią konkurencją była kombinacja złożona z wyników slalomu i giganta, tak że dostałem trzy medale i trzy puchary. Biorąc pod uwagę, że w 1960 roku Jean Claud Killy już był we francuskiej młodzieżowej grupie olimpijskiej, to było to dla mnie duże osiągniecie. Wtedy startowało 4 Polaków. Andrzej Bachleda Curuś, parę lat młodszy ode mnie, nie mógł wystartować, ponieważ wtedy dopadła go świnka. Natomiast przyjechało 16 Włochów, 5 dobrych Francuzów, czyli obsada była dość mocna.

- Jakim czynnikom - oprócz oczywiście talentu - osobom, czy swoim cechom charakteru - zawdzięcza pan sukcesy, jakie osiągnął pan w narciarstwie?

- Numer 1 - mój ojciec. Następnie - dwóch trenerów klubowych - pan Lipowski i pan Łuszczek. Później jako trener kadry pan Andrzej Gąsienica Roj. Nie byłem jego pupilem. Robił wszystko, żeby mi się nie udało. Może czasem to jest i dobre, bo gdy wszystko jest tak wygłaskane i idzie normalnie, to tej pasji, złości sportowej brakuje. Właśnie w Innsbrucku, przed eliminacjami do finału slalomu, pan Andrzej Gąsienica Roj, trener moich kolegów, Bronisława Trzebuni i Andrzeja Derezińskiego, mówi: - Wy chłopcy bez problemu zakwalifikujecie się do finału, natomiast Jurek - nie widzę żadnych szans. Te słowa rzeczywiście podniosły mnie na duchu, tak, że w drugiej bramce wywinąłbym kozła. Zapisałem się na mecie z 18. czasem, co było ogromnym sukcesem, bo pierwsza światowa trzydziestka była rzeczywiście dobra. Potem okazało się, że moim kolegom zabrakło tych możliwości, i ja jeden z Polaków startowałem w finale slalomu, podczas gdy opina trenera była dość jednoznaczna.
Oprócz tego, co przekazywali mi trenerzy, miałem szansę wyjeżdżając i startując z najlepszymi zawodnikami świata, obserwować ich treningi, styl jazdy, i próbować przyswajać sobie to, co wydawało mi się najbardziej właściwe.

- Drugą pana pasją, mniej znaną - jest motoryzacja.

- Zacznę od końca. W 2008 roku Paryż - Dakar został odwołany, bo na terenie Mauretanii zamordowano turystów francuskich. 10 dni po planowanym terminie Paryż - Dakar z Budapesztu prawie tą samą trasą, wystartował rajd Budapeszt - Bamako. To była druga, lub trzecia edycja tego rajdu. Mój przyjaciel, Anglik, który mieszka w Budapeszcie, namówił mnie, byśmy razem wystartowali w tym rajdzie. Ojciec kupił mu na ten cel samochód w Anglii, ja byłem mu potrzebny jak człowiek ze smykałką do naprawiania różnych rzeczy. Auto zostało oddane do serwisu, by wszystko sprawdzić przed wyjazdem. W nocy z serwisu skradziono 2 auta, w tym nasze. Szukali kolejnego auta, które nie mogło być jednak zbyt drogie, gdyż po pokonaniu trasy rajdu auto sprzedaje się na mecie. Mój kolega wpłacił ponad 2000 euro za uczestnictwo w rajdzie, których nie mógł wycofać, i nie miał samochodu. Miałem starego campera z na podwoziu toyoty. Zaproponowałem mu, by nie brać udziału w grupie samochodów z napędem na 4 koła, tylko na jedną oś. Ryzyko było ogromne, ponieważ tym autem wykonywaliśmy wcześniej tylko niedalekie wypady, np. na Węgry. Trudno było stwierdzić, czy w ogóle dojedziemy, niemniej jednak wybraliśmy się. Nie będę opowiadał przygód. Powiem tylko, że pierwszej nocy okradli nas bandyci. Zostaliśmy bez pieniędzy. Było to podczas tankowania we Włoszech. Przygody były od pierwszego dnia. Dojechaliśmy do mety jako czwarty lub piąty samochód! Korzystając z tego, że to był camper, jedna osoba mogła spać. Jechaliśmy więc na zmianę niemal non stop. Etapy były po 800 - 900 km, po bezdrożach. W ten sposób nadganialiśmy, bowiem dla takiego auta jak nasze, tego typu trasa była niewykonalna. Większość ekip posiadała przyjaciół, którzy pomagali w przerwach. Myśmy byli zdani sami na siebie. Mieliśmy auto na benzynę, tymczasem w Afryce jeżdżą głównie na dieslach. Szczęście nasze, że mieliśmy campera, mieliśmy spanie, wodę, piec, który ją podgrzewał - mogliśmy zrobić sobie kąpiel, siąść do stołu i na kuchence przyrządzić sobie jedzenie. Dzięki temu łatwiej było znieść wszystkie niewygody, na które inni byli skazani. Mieli drogie samochody i dużo pieniędzy, za które teoretycznie mogli wynająć pokój w najdroższym hotelu. Tylko że w hotelu nie było miejsca, bo zostały zarezerwowane na rok wcześniej. Karimata na ziemi, między skorpiony i wężyki pustynne, i tak spali, otwarta klapa z bagażnika, na której grzało się konserwę, żeby coś zjeść. Mieliśmy pełne luksusy e stosunku do innych ścigających się w rajdzie. Dzięki koledze, który pracuje w nawigacji, mieliśmy także dostęp do super dokładnych map.

- Jak zaczęło się pana zainteresowanie motoryzacją? Ta pasja jest równie wielka, co narciarska. Ma pan wiele sukcesów w rajdach morowych.

- W czasie studiów kupiłem za parę zł od mojego przyjaciela pierwszy motocykl. Potem, od tego samego przyjaciela, kupiłem Junaka.

Na polskich drogach z "pechową" oponą


Zacząłem startować w rajdach, uzyskałem licencję rajdową, dostałem z klubu motocykl, bardzo fajny, nazywał się "Sarna". Podczas Juwenaliów, korzystając z tego motocykla, całą noc przejeździliśmy z kolegą wszystkie miejsca, w których bawili się studenci. Obaj mieszkaliśmy w Zakopanem i doszliśmy do wniosku: jedziemy do Zakopanego - po całej nocy. W tym czasie miałem 2 motocykle, drugi BMW 500 szosowy, ale postanowiłem, że pojadę "Sarenką", bo ona nie jeździ zbyt szybko, a po całej nocy jazdy byłem trochę zmęczony. Była piękna słoneczna pogoda. W miejscu, gdzie przed Myślenicami droga się rozwidla, zasnąłem, przejechałem skrzyżowanie, uderzając nogą i łamiąc podnóżek o słupek. Słupek stał 4 metry przed słupem telegraficznym. W słup uderzyłem centralnie lampą. Wcześniej odpiąłem kask, żeby powietrze trochę mnie chłodziło, taki byłem senny. Przekoziołkowałem, motocykl wpadł do rowu. Złamałem sobie chyba tylko palec w nodze, bo na szczęście uderzenie poszło w podnóżek, który się złamał. Później startowałem jeszcze w wielu rajdach...