Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

O tym, jak się dawniej na Kasprowym jeździło

Dodano: Poniedziałek, 22 luty 2010 / Ilość wyświetleń: 1328- Ma pan jakieś wspomnienia związane z Kasprowym?
- Wszyscy, który byli przeciwni kolejce, uważali, że góry muszą pozostać takie, jakie są, nietknięte. Ochroniarze, jak ich nazywali, byli przeciwni, by w ogóle tutaj coś stawiać, jakieś budowle, podpory, bo to wszystko oszpeci naturę. A po to są te małe nasze Tatry, żeby każdy turysta mógł sobie pójść i w ciszy je oglądnąć. To były zupełnie inne czasy. Uważano, że kolejka to coś niezgodnego z kulturą. W tej chwili już przestało to razić ludzi. Gdy jeździłem na zawody do Austrii, Szwajcarii, wszędzie było widać jakieś podpory. Uważałem, że to wszystko jest związane z górami. To już tak wrosło w krajobraz, że ludzi nie drażni. Zresztą oni mają większe tereny. A tu kawałeczek Tatr i Kasprowy jeden... Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę ludzkie potrzeby. My, mieszkańcy Zakopanego czy sportowcy chodzimy w góry bez żadnych problemów, ale weźmy pod uwagę, że kilkanaście milionów turystów, którzy przyjeżdżają do Zakopanego na zwiedzanie, i chcą zobaczyć jak to wszystko wygląda z góry, a nie tylko z dołu, często nie mają siły, możliwości fizycznych, by wyjść piechotą. To jest dla nich zupełnie nieosiągalne. Jest wielu ludzi, którzy siedzą przy pracy w mieście i nie mają żadnego przygotowania zdrowotnego. Kasprowy ma prawie 2000 metrów. Ludzie trochę słabsi, z sercem nie w porządku, padają... Dla nich jest kolejka. Potem mówi: widziałem, jak to pięknie w górze wygląda. Gdy byłem młodym chłopcem, w każdą niedziela, jak się dało, szło się na Kasprowy. Dla nas to był duże osiągnięcie. " Gdzieś był" A byłem na Kasprowym... Trzeba było iść tak: piechotą do Kuźnic, z Kuźnic piechotą do Hali, z Hali Gąsienicowej na nartach zakosami na Kasprowy, jak się zjechało raz do Kotła i podeszło się jeszcze raz, a potem zjechało do Zakopanego, to był cały dzień. Weźmy pod uwagę, że ktoś, kto nie ma przygotowania fizycznego i nie jest w ogóle w stanie wyjść do góry, a jeśli nawet wyjdzie, to czuje takie zmęczenie, że nie może sobie pojeździć... Kolejka daje taką możliwość. Mało tego - małe dzieci jeżdżą sobie na Kasprowym.
Są dwa aspekty tej sprawy. Z jednej strony mamy kwestię ochrony przyrody, kultury. Z drugiej strony - potrzeby ludzkie.

- Czy dużo czasu spędzał pan na treningach, a potem jako trener, jeżdżąc na Kasprowym?

- Mistrzostwa świata w narciarstwie można było zorganizować w Zakopanem dzięki kolejce. Mieliśmy trasy biegowe, ale byśmy mogli dostać zgodę, musiały być warunki do tego, by zorganizować konkurencje zjazdowe. Na Nosalu można zrobić slalom, i ta trasa ma homologację FIS. Bez Kasprowego Wierchu i kolejki mowy nie było, żeby w Polsce można wyszkolić jakiegokolwiek zjazdowca, bo nie ma gdzie. A jak wychodził na Kasprowy na nogach, to tracił całe siły na odejście i nie miał ich już na trening.
Myśmy jako sportowcy dostawaliśmy z Polskiego Związku Sportowego takie małe książeczki, po 5 zł. Mieliśmy na nie 10 wyjazdów, wychodziło po 50 groszy jeden, to było bardzo tanio. Nie było żadnego ścisku, bo nie było jeszcze tylu dobrych narciarzy, którzy chcieliby jeździć na Kasprowym, wystarczyły im małe góreczki. Jak ktoś szedł na Kasprowy to musiał być już super as! Więc myśmy bez problemu jeździli i tanio! Wtedy sport był super super amatorski.
Trasy na Kasprowym dostały homologację FIS. Dzięki temu, że była kolejka, trenowaliśmy, ustawialiśmy sobie bramki. Wtedy funkcjonował jeszcze pierwszy wyciąg saneczkowy z Kotła. Dzięki temu człowiek mógł zjechać wiele razy i trenować na bramkach! Oczywiście chodzić też trzeba było, dla siły.
Wtedy nie było specjalizacji w narciarstwie. Gdy byłem młodym chłopcem, a były to czasy Bronka Czecha, wszyscy trenowali zarówno biegi, skoki, jak i zjazdy. Na początku zimy były biegi płaskie, które stanowiły świetne przygotowanie do późniejszych konkurencji. Skoki narciarskie, były gdzieś w początku lutego. A potem narty biegowe na bok, wyciągało się zjazdowe, i zaczynały się konkurencje zjazdowe. ľ sportowców uprawiało wszystkie cztery konkurencje. Była jedynie wąska grupa, która uprawiała np. tylko skoki. A przygotowanie mieliśmy doskonałe, bo dawał nam to trening biegowy .

- Wtedy nie jeździliście za granicę trenować w Alpy? Kasprowy był jedyną dużą górą gdzie mieliście okazję trenować?

- Jeżeli jakaś grupka wyjeżdżała za granicę, to była kadra. Tak samo i klasycy. Wyjazd na trening do Austrii kosztował bardzo dużo dolarów. Związek narciarski nie dysponował dużą ilością, bo to były tzw. dewizy. Dlatego wyjazdy na treningi były bardzo nieliczne. Wyjazd na lodowce to była wielka rzadkość. Może raz w roku mała grupa jeździła na tydzień czy klika dni w Alpy, pojeździć tam na ciężkich trasach. Związane to było z tym, że zawody, w których później brali udział w sezonie i reprezentowali Polskę, rozgrywane były na tamtych trasach. Ale to była tylko sportowa super grupa.

- Z kim pan trenował?

- Trudno powiedzieć, większość nie żyje. Mam 93 lata. To był oczywiście Bronisław Czech, który uprawiał wszystkie konkurencje, no i różni zjazdowcy (...)

- Jak jeździło się dawniej na Kasprowym? Trasy udeptywali specjalni deptacze...

- To byli dobrzy narciarze, który idąc w pięciu - sześciu obok siebie deptali. A tam, gdzie miał być slalom, to musiało być świetnie ubite. A gdzie trasa zjazdowa szła, nie mogło być dziur w miękkim śniegu... A potem nadeszła technika, gdy już pracowałem w COS-ie, pamiętam sprowadzono ratraki.