Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Wywiad - Narty: nie wiem, czy ktoś tak to odczuwa, jak ja

Dodano: Sobota, 22 sierpień 2009 / Ilość wyświetleń: 3173- Jak to było z tym słynnym skokiem z kolejki?

- Już tyle razy to opowiadałem... Zima 1944 rok. Przyszedłem do domu, i nie myślałem o tym, że będę chciał jechać kolejką, ale w nocy spadło dużo śniegu, kilkadziesiąt centymetrów. Nie można się było przedrzeć żadną boczną drogą, a miałem iść na Słowację do leśniczego. Można było skorzystać z kolejki, nie była ona "nür für Deutsche". Pech - trafiłem na obławę. Gdy wszedłem do holu, a nic się tam nie zmieniło, dziś wygląda to tak samo, wiedziałem, że nie będę się mógł wycofać, bo mnie zatrzymają. Przy drzwiach stał gestapowiec, Polak, który poszedł na usługi Niemców. On mnie znał, a ja jego. Trochę zdziwiony byłem, że nie podchodzą do mnie, ani nic... I byłem pewny, że wysiądę na Myślenickich Turniach i pójdę swoją drogą. Tam jednak drzwi były zamknięte, żandarmi spacerowali po peronie. No i nie było wyjścia, trzeba było wsiadać do wagonika i jechać na Kasprowy. Szczęście było, że w wagoniku jechałem po prawej stronie. Konduktorzy mnie znali. Kolega konduktor podpowiedział mi, że nie ma mowy o tym, bym przeszedł na Kasprowy, tak Niemcy pilnowali. Właściwie on mi podpowiedział, że jak będziemy dojeżdżać do Kasprowego, to prawe drzwi odsunie. Normalnie powinien otworzyć drzwi po prawej stronie. Po wszystkim jego chyba potem miesiąc trzymali, przesłuchiwali. Ale wytłumaczył się. Kolejne szczęście, że jechało tylko dwóch narciarzy: ja i starszy pan, Niemiec albo Austriak. Dlatego pozwolono nam zabrać narty do wagonika. Normalnie trzeba było je umieścić w koszu na zewnątrz wagonika. Nikt mnie nie zatrzymywał w wagoniku, nikt się mną nie interesował, na górę wyjeżdżało niewielu ludzi - Niemcy na urlopie, żołnierze, w sumie kilkanaście osób. Położyłem na podłodze w wagoniku narty, i udawałem, że coś sobie poprawiam przy wiązaniach. Gdy wagonik zwolnił przed Kasprowym, kolega konduktor odsunął drzwi. I wtedy zeskoczyłem.

- Ile tam było metrów?

- Niedużo. Kilka metrów mogło być. Ale to było po dużych opadach śniegu, było bezpiecznie. I ja znałem ten zjazd Żlebem po Palcem, z 1938 roku, gdy byłem w kadrze narodowej i jako 14-letni chłopak trenowałem do Mistrzostw Świata, które się odbyły w 1939 roku. I tam zjeżdżaliśmy w czasie treningu z Bronkiem Czechem. Tak że wiedziałem, że tam mogę zjechać. Ale bałem się, bo jechałem za szybko. Ale wszystko skończyło się dobrze.

- Nie poszukiwali pana?

- Dla mnie gehenna zaczęła się, gdy zjechałem do Doliny Kasprowej. Świeży śnieg powyżej kolan. Gdzie teraz iść? Całą noc szedłem w tym grząskim, kopnym śniegu. Nad ranem doszedłem na Halę Gąsienicową. Przesiedziałem cały dzień w starym schronisku. Nikt nie szukał na Hali Gąsienicowej, nikt się nie wypytywał, więc wieczorem poszedłem swoją drogą przez Liliowe. I tak się to skończyło.

- Kiedy po raz pierwszy ubrał pan narty? Jakie były pana początki w narciarstwie?

- Jeszcze za dobrze nie chodziłem, a już miałem narty na nogach. Pamiętam pierwsze zawody dla dzieci na Lipkach, to był bieg na 100 metrów. Zająłem pierwsze miejsce. Miałem chyba 4 lata. No a później to jeździło się z kolegami. Czasy były inne, to był masowy sport. Po szkole wszyscy chodzili pod Nosal chodzili. W 1937 i 1938 roku miałem najlepsze w tym okresie wyniki - jako 14-letni chłopak, także wśród seniorów. Nie klasyfikowali nas wtedy osobno. Wszyscy razem startowali i byli oceniani bez podziału na wiek. Bieg zjazdowy jeździliśmy na trasach FIS 1 i FIS 2, dziś już zarośniętych. Na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w biegu zjazdowym na 167 startujących zająłem 18. miejsce.
Wtedy był taki regulamin: w zależności od tego, które miejsce zajęło się w biegu zjazdowym, to w takiej kolejności takiej startowało się w slalomie specjalnym w Suchym Żlebie. W slalomie specjalnym zająłem 8. miejsce. To był dobry wynik. A w kombinacji alpejskiej byłem chyba 7.

- To były pana pierwsze ważniejsze zawody?

- Tak. Nie miałem takiego kolegi w moim wieku, z którym mógłbym jeździć. Zaczynał wtedy Andrzej Bachleda. Ale on pochłonięty był nauką, studiami. To był 1938 rok. Jeszcze w 1939 startowałem w eliminacjach do Mistrzostw Świata, ale okazało się, że trzeba było mieć skończone 16 lat, a nie 15... No a później nadeszła wojna, i tak się skończyło narciarstwo.

- Po wojnie jeszcze pan startował?

- Startowałem, ale o tym to ja nie chcę mówić, bo to przykre sprawy. 9 lat w ogóle nie jeździłem na nartach.

- A jakie to były te sprawy? Czy może zechce coś pan o tym powiedzieć?

- Związane były z moją działalnością w Armii Krajowej. Do końca wojny byłem w AK. Ostatnie lata działałem w partyzantce, to był I Pułk Strzelców Podhalańskich, IV Batalion "Lamparta". A po wojnie mnie aresztowali. I jechałem już na Sybir ze Słowacji, bo w Zakopanem mnie aresztowali, przeprowadzili na Słowację, tam był punkt zborny. To stamtąd uciekłem. Ale niedługo się cieszyłem wolnością. Po raz drugi wpadłem, podczas obławy NKWD. Dowódca naszego oddziału postanowił, że nie ma tu już czego szukać, trzeba uciekać za granicę. Mieliśmy iść przez góry do Austrii. W gospodarstwie za Gubałówką była zbiórka. Czekaliśmy na nich, ale nie przyszli. Zostałem tam wysłany, żeby zobaczyć, się dzieje. A tam było piekło. Była obława. Mogłem się wycofać, ale chciałem ich ostrzec, żeby się ratowali, uciekali. Ale nie dało się. I tak przeszedłem przez NKWD, UB, Plac Inwalidów w Krakowie, forty na ul. Kamiennej. Gdy siedziałem w IV bastionie, zorganizowaliśmy ucieczkę, przy pomocy z zewnątrz.

- Jak udało się wam uciec?

- Można się było zgłaszać do pracy na ochotnika. Na górze rosły drzewa, krzewy, nic nie było widać, że pod spodem są forty. Wartownicy spacerowali na górze ścieżeczkami. Były one wysypywane jasnym pisakiem, żeby wiedzieli, którędy chodzić. Zgłaszałem się do pracy, zawsze to świeże powietrze. Po kilku razach zorientowałem się, że można uciec. Wyjeżdżaliśmy taczkami na zewnątrz fortu przy ul. Kamiennej. Tam za murem był piasek i trzeba było go załadować na taczki i wracać z powrotem na górę, by wysypać te ścieżeczki. Jeden wartownik pilnował, a my we dwóch jeździliśmy, woziliśmy ten piasek. Dwóch naszych kolegów już było umówionych i tego wartownika myśmy troszkę unieszkodliwili. Przeżył. Mieliśmy podstawiony samochodów na skrzyżowaniu, teraz tam się na tej ulicy Kamiennej trochę pozmieniało, byłem tam zaglądnąć. Uciekało nas czterech. Biegłem ostatni do samochodu, jeszcze trzeba było przedrzeć się przez płot i druty kolczaste. Dobiegłem do samochodu, silnik był zapuszczony, a jak wsiadłem, to zgasł. Tego nie zapomnę. Po którymś razie zastartował i zaczęła się jazda po ulicach Krakowa. Kierowca wiedział, jak i gdzie jechać. Strzelali do nas chyba, bo tak coś po tym samochodzie dudniło przez moment. Wjechaliśmy na jakieś podwórko, był tam warsztat samochodowy. Po 9 - 10 latach szukałem tego miejsca, ale nie mogłem znaleźć. Tam przesiedzieliśmy dzień, dali nam ubrania, i każdy ruszył w swoją stronę. Ja do Zakopanego. To była jesień 1945 roku. Mostów na Wiśle nie było... Ale też nie napotkałem na żadną kontrolę. Wróciłem do Zakopanego. Ale tu nie było co robić. Wyjechałem na Ziemie Odzyskane, na zachód, zresztą całe nasze towarzystwo. Tam więcej było AK-owców niż wszystkich innych...

- Jak pan rozpoczął powojenne lata? Co pan wtedy robił, z dala od Zakopanego?

- Praca była w nadleśnictwie, tylko tam było dla nas najbezpieczniej. Nadleśnictwo nad samą Odrą, Mosina Gorzowska, Gorzów Wielkopolski. Ale i to się skończyło, bo ktoś mnie rozpoznał, przecież UB miało swoich ludzi. I aresztowali mnie w Gorzowie Wielkopolskim. Były śledztwa, nie ma co opowiadać. Po miesiącu przewieźli mnie do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Tam bardzo fajny personel się mną opiekował.

- Dlaczego pana przewieźli do szpitala?

- No wiadomo było, że po śledztwach byłem słaby i dobity... Ale szybko doszedłem do siebie, bo personel był fajny, opiekowali się mną. Udawałem, że jestem słaby, nie mogę chodzić. Tam byłem prawie 4 tygodnie. Z tego szpitala uciekłem. To był chyba 1952 roku.

- To tak długo był pan na Ziemiach Odzyskanych?

- Wróciłem tu do Zakopanego, ale do 1954 roku ukrywałem się. 13 grudnia ujawniłem się w wojskowej prokuraturze w Zielonej Górze. Tam były dokumenty opisujące moją działalność. Byłem tam 3 dni, po czym zwolnili mnie.

- Czy to dla pana oznaczało w końcu normalne życie bez konieczności ukrywania się?

- Prawie normalne. Bardzo chcieli, żebym został tam, gdzie pracowałem, ale wróciłem do Zakopanego. Koledzy, znajomi z klubu "Start", jak mnie zobaczyli - bardzo pomogli. I zacząłem startować. Mimo 10 lat przerwy i mojego wieku - miałem wtedy 30vlat - miałem świetne wyniki. Zaraz podczas pierwszych Mistrzostw Polski w narciarstwie zjazdowym w Szczyrku byłem wśród 10 najlepszych. Ale wiedziałem, że to już nie ma co... Zacząłem zresztą pracować ratownictwie. Ratownictwo - to była tradycja rodzinna. Mojej mamy brat był ratownikiem i przewodnikiem, ojciec - przewodnikiem, dziadek - przewodnikiem. Całe towarzystwo. Ja się w tej atmosferze wychowywałem, kolegów miałem, którzy już pracowali w TOPRze, a raczej w GOPRze, bo wtedy jeszcze był GOPR. Czasem im pomagałam, i na Kasprowym, i jak się w górach coś działo. Bardzo im przypadłem do gustu, mówili, że powinienem działać w ratownictwie. Najstarsi też mnie akceptowali Byrcyn, Szymków Gąsienica, ten z Lasa Wawrytki. Ten początkowy okres szybko przeszedł, i zacząłem pracę jako ratownik zawodowy. Wszystkie stopnie po kolei przeszedłem. Aż do emerytury... Miałem też stopień instruktora narciarskiego.

- Pracował pan również jako przewodnik tatrzański?

- Byłem przewodnikiem, ale mnie to jakoś nie ciągnęło. W czasie urlopu, w wolnych dniach wolałem pracować w szkółce taternickiej w "Betlejemce" na Hali Gąsienicowej, albo przy remoncie szlaków, żeby sobie dorobić. Bardzo dobrze można był osobie zarobić. Malowaliśmy słupki graniczne od Wanty aż do Doliny Chochołowskiej. Było nas 4 kolegów. Nasz odcinek był od Wanty aż do Zadniego Mnicha. Zbigniew Wójcik (naczelnik GOPR - przyp. red) nas zwalniał, i pracowaliśmy.

- Kim byli pana mistrzowie? Kto pana uczył ratownictwa, taternictwa?

- Nie chciałbym o tym mówić, ponieważ to nie był jeden człowiek ani nawet dwóch. Mógłbym kogoś pominąć. Gdy zacząłem pracować jako ratownik zawodowy, ci, którzy już byli, bardzo mi pomagali. Stworzyliśmy taką fajną grupę. Zainicjowaliśmy przejście z ratownictwa tradycyjnego do nowoczesnego. To był trudny okres, bo w grupie byli zwolennicy i przeciwnicy.

- Co oznaczało wtedy ratownictwo tradycyjne i nowoczesne?

- Najpierw wprowadzenie zestawu Grammingera. Było tylu przeciwników co i zwolenników. Jednak nawet ci najstarsi gdy zobaczyli jak to działa, jednak się przekonali. Potem rozpoczęła się era łączności radiowej. Inżynier Wojciech Nietyksza zrobił nam pierwsze przenośne "Klimki" i stacjonarne "Wawy". - To był chyba początek lat 60.

- Jak wcześniej ratownicy sobie radzili? Współczesnym ludziom to bardzo trudno sobie wyobrazić. Teraz są komórki, gpsy, radiotelefony...

- Bez łączności było trudniej. Wszystko dłużej trwało. Przy dobrej pogodzie, pogoda, to jeszcze na głos... Ale wszystko zawodziło. Dopiero te "Klimki" zmieniły sytuację. Potem były coraz lepsze i lepsze radiotelefony. Ale "Klimki" były świetne. Mnie "Klimek" nie zawiódł. Ja wiedziałem, jak trzeba się nim posługiwać, konserwować. To był ogromny skok do przodu. A później śmigłowiec. Takim prekursorem ratownictwa z powietrza to był w randze kapitana Tadziu Augustyniak. Pierwszy śmigłowiec, który tu przyleciał, to był SN1, to taki wojskowy "blaszak", ale jednak latał... I znów przeciwnicy: i ochroniarze, i ratownicy. Przekonali się, gdy mieliśmy szkolenie śmigłowcowe na Kondratowej. Przyleciał Tadziu Augustyniak. Meldunek z Morskiego Oka, że dwójka taterników wyszła i nie wróciła. To była zima. Mogło nas lecieć tylko dwóch: pilot i ja. I Polecieliśmy do Morskiego Oka. SN1 nie był w ogóle przystosowany do gór, miał tłokowy silnik. Ale Tadziu Augustyniak pilot dobry. Sprawdziliśmy cały rejon Morskiego Oka szukając śladów taterników. Wiadomo było, że poszli w rejon Żabiego. Ale był wiatr i zasypywał ich ślady. Jednak w rejonie Żabiego wyparzyliśmy je w końcu. Oni zeszli na stronę słowacką do Żabich Stawów Białczańskich. Jak przelatywaliśmy nad granią, to zamknąłem oczy. Da radę, czy nie ... Przelatywaliśmy nad Owczą Przełęczą. Po drugiej stronie taternicy wykopali jamę, wcześniej jeden z nich miał złamał przy zejściu nogę. Usłyszeli nas. Przy drugim czy trzecim nawrocie. Daliśmy znać Horskiej Służbie. Uratowaliśmy ich. I już część tych, co byli przeciw śmigłowcowi, przekonała się, że ma to jednak sens.
Potem nastał Mi2. dla mnie to był wspaniały śmigłowiec. Wtedy nie było lepszego. I dobrzy piloci: Siemiątkowski Janusz, Wiesiek... nie pamiętam nazwiska... Świetni piloci. Robiliśmy naprawdę fajne rzeczy. Nie dało się takich rzeczy zrobić jak teraz "Sokołem" , bo to maszyna silna, nowoczesna udźwig odpowiedni, ale jednak.

- Zapamiętał pan szczególnie jakąś akcję ratowniczą z udziałem śmigłowca?

- Zapamiętałem jedną, na filarze Cubryny. Samotny taternik, był wtedy taki trend samotnego wspinania. Na filarze Cubryny zapchał się w takie miejsce, że nie mógł się ruszyć - ani do góry, ani w bok. Asekurację miał, ale dość daleko, kilkanaście metrów poszedł do góry, jakby odpadł, to mogłoby być niefajnie. I tak jak to w naszym języku - "dojrzewał". Krzyczał, wołał, że nie da rady. Polecieliśmy w trójkę z Tadziem Augustyniakiem Mi 2: ja, Maciej Gąsienica i Jasiek Roj. No i pilot. Po wylądowaniu na morenie w Morskim Oku wyrzuciliśmy fotele i wszystko, co było niepotrzebne, i pilot brał nas po jednym, bo inaczej śmigłowiec tam nie mógłby dolecieć Pierwszy poleciał chyba Maciej Gąsienica. W ścianie, nad taternikiem, który potrzebował pomocy, trzeba było wyskoczyć ze śmigłowca z kilku metrów i trafić w kępkę kosodrzewiny. I tej kosodrzewiny trzeba się było złapać. Później poleciał Jasiek Roj. Gdy ja zeskoczyłem, oni już złapali taternika. Śmiali się, na lasso. Byli tak blisko nad nim, że zrobili pętlę i zrzucili, a jemu spadła na ramiona. Później jeden ratownik zszedł do niego, wyprowadziliśmy go... Śmigłowiec to była również ogromna pomoc w wywiezieniu sprzętu. "Sokół"... no, to jest maszyna,. Latałem "Sokołem", tym, który spadł w Dolinie Olczyskiej... Chyba 4 albo 5 dni przed katastrofą. Wziąłem wtedy najstarszego wnuka, akurat w TOPRze mieli szkolenie. A kilka dni później robiłem coś w ogrodzie. A tu w rejonie są takie powietrzne drogi. "Sokół" lata tędy do Morskiego Oka, na Hale Gąsienicową, na Goryczkową, na Kalatówki. Usłyszałem wtedy, że leci z Hali Gąsienicowej. Nie widziałem jeszcze, ale słyszałem. I w pewnym momencie wszystko ucichło. Zatelefonowałem, bo tak mnie...coś nie dawało spokoju. Pytam: - Wiecie coś, co się dzieje ze śmigłowcem? - Nic się nie dzieje, wystartował z Hali Gąsienicowej. Nie wiedzieli jeszcze. Dopiero turysta na Piórze siedział, miał kamerkę i on to wszystko sfilmował... Nie czekałem na te wiadomości. Przeskoczyłem przez płot i z najstarszym wnukiem pobiegliśmy pod Nosal i do Doliny Olczyskiej. Ze śmigłowca placek był. Ratowników jeszcze nie było, widziałem już strażników z Tatrzańskiego Parku Narodowego, później nasi dojechali, Słowacy swoim śmigłowcem Alouette też nadlecieli, myśleli, że coś się da ratować, ale już nic się nie dało... I tak się skończył "Sokół". Ale ... na drogę wychodzimy i nie wiemy, co nas czeka ...

- A czy pana spotkała kiedyś w górach jakieś wypadek czy niebezpieczna przygoda?

- Ryzyko zawsze jest. Szczególnie przy trudnych akcjach: lawinowych, taternickich. Trzeba zaryzykować. Przykładowo: zestaw Grammingera ma gwarancję do 300 metrów. Ponad 300 metrów - trzeba ryzykować. Mieliśmy takie zdarzenie, że nie było wyjścia: trzeba było dołączyć czwartą linkę - to już jest ryzyko, a mieliśmy i tak, że trzeba było i piątą dołączyć. Z tego wszystkiego okazało się, że jak jest dobry zespół, to można... Miałem taki przypadek, kiedy w czasie opuszczania mnie z rannym taternikiem został uszkodzony karabinek obrotowy, taki werblik, który zapobiega skręcaniu i rozkręcaniu się metalowej liny. Zaciął się, został uszkodzony. A do piargów do doły było niecałe 100 metrów. Ja miałem rannego biedaka na plecach. I co teraz robić: zaryzykować? A ten biedak potrzebuje natychmiastowej pomocy - akcja z drugim zestawem opóźniłaby wszystko o kilka godzin. Nic nie mówiłem. Powiedziałem tylko: powoli opuszczajcie. I skończyło się dobrze. Ale to było duże ryzyko. Po tym przypadku Austriacy - bo to była austriacka produkcja - zmienili to. Specjalnie tu przyjechali, zbadali przyrząd. Teraz jest już gwarancja na 1000 procent! Ale mało używa się teraz Grammingera, bo przy dobrej pogodzie i takim śmigłowcu jak "Sokół", można ratować innymi sposobami. Ale jest to dobry zestaw.
Żeby dobrze ratować, trzeba mieć pewne cechy wrodzone. Szkoliłem ratowników. Nie wiem, jak, ale zaraz wiedziałem - po jednej akcji, czy już w czasie szkolenia, który co może, co potrafi, co będzie robił najlepiej. Bo specjalizacja jest w ratownictwie bardzo ważna. Każdy umie wszystko, ale specjalizuje się w jednej dziedzinie.. Na przykład specjalne predyspozycje trzeba mieć do ratownictwa z powietrza. Gdy ktoś mi powie, że się nie boi, to znaczy, że się nie nadaje na ratownika. Nie ma takiego, który by się nie bał.

- Jakie cechy charakteru powinien mieć kandydat na ratownika? Co jest najważniejsze?

- Sprawność fizyczna - to wiadomo. Ale i pomyślunek, inteligencja. Nie musi mieć najwyższego wykształcenia, umieć działać w zespole. To jest bardzo ważne. Będzie 10, każdy to inny charakter. Teraz obserwuję tych młodych, chodzę do nich, to jest bardzo dobry zespół. Do każdego: i jaskinie, i turystyczne, wymagania są coraz wyższe. Wiem, bo mój najstarszy wnuk przymierza się. No to trzeba wiele umieć. I narty i ratownictwo medyczne. Teraz chcąc być ratownikiem ochotnikiem trzeba mieć kurs ratownictwa medycznego.

- Czyli tradycje ratownicze w pana rodzinie będą kontynuowane?

- Syn chciał, ale mama nie pozwoliła. Ale wnukowie się graną. Ten najstarszy - to już wiadomo. Średni - skończył gimnazjum, a dzisiaj już jest w Morskim Oku, poszli z kolegą o 6 rano ... Muszę uważać, żeby się nie wybrali na wspinanie, choć starsz wnuk ich zabierał, byli np. na Mnichu. Ale sami - to jeszcze nie ... Chociaż nasze taternictwo też tak na początku wyglądało. Jakie liny mieliśmy...

- Z kim pan się wspinał?

- Najwięcej z Jaśkiem Krupskim, z Józkiem Świerkiem, ale i z Korosadowiczem też kilka dróg zrobiłem; z Jaśkiem Stryjeńskim, Hajdukiewiczem, no i z kolegami. Z Wilkiem Brahem. Jak przypomnę sobie początki - że myśmy się nie ... Jak dzisiaj pomyślę, jaką linę mieliśmy... Jak się dobrze pociągnęło, słychać było, jak włókienka pękają... Później już miałem dobrą linę. Po wujku, jedwabno-konopną. Szanowaliśmy ją bardzo.

- Kiedy pan zaczął się wspinać? Ile pan miał lat?

- Pierwsza moją drogą byłą droga przez Płytę na Mnichu, z wujkiem. Miałem 14 albo 13 lat. Bałem się powrotu, zjazdów.

- Którą ścianę czy drogę szczególnie pan wspomina?

- Filar Leporowskiego na Kozim Wierchu. Leporowskiego nie znałem, ale znałem Różę Drojecką. Na tym filarze byłem z Korosadowiczem, starszym ode mnie, doświadczonym. On prowadził. Nie wiem, czy chciał mnie przestraszyć, ale jak doszedłem do niego, i siedzieliśmy na stanowsiku, to opowiadał straszne rzeczy. Mówi: popatrz się, jakbyśmy wyglądali o tam, na dole, gdybyśmy stąd spadli? Chyba mnie chciał wypróbować... Ale widać dobrze się sprawdziłem. Z Wilkiem Brahem mieliśmy taką przygodę: on mi odpadł na zachodniej ścianie Kozich Czub, na płytach. Zaczęło padać. Niby nic takiego, ale sporo poleciał.
Pioruny w górach... jest to straszne. Kiedyś wyszedłem z Przełęczy Kościelcowej granią na Kościelec z kolegą. Pogoda byłą fajna. Chmurki,... Daleko zagrzmiało. Kolega wyszedł na szczyt i siedział sobie, ja byłem może 10 metrów niżej od niego. Mówię do niego: rozwiąż się szybko i schodźmy, bo burza idzie. Jeszcze tego nie dopowiedziałem, a za nim - widzę, jakby ktoś spawał, a jego zaczęło telepać. Mnie się nic nie dzieje! A jego trzęsie! Jezus Maria. Szarpnąłem, bo on jeszcze był związany liną. Może i dobrze zrobiłem. A za moment dopiero zagrzmiało. Ale nie tu blisko, a daleko... Musiałem go sprawdzić na Halę Gąsienicową do schroniska. W ogóle nie mówił. Myślę sobie: czy mowę stracił? Dopiero na Hali Gąsienicowej łyżeczką musieliśmy dawać mu pić. I powoli, powoli zaczął mówić. Ale przeżył to bardzo. Później jeszcze chodził po górach. To ratownik, już nie żyje. Jak w Poroninie zagrzmiało, a on był w Zakopanem, to już się bał! Pioruny... Kiedyś zrobiliśmy sobie taki spacerek: trawers Zamarłej Turni, od Zmarzłej Przełęczy do Koziej. Pogoda piękna. Trójka nas była, w koszulkach, bo dziewczynie, która była z nami, daliśmy swetry, wiatrówki, czapki, wszystko, co tam mieliśmy. Ona miała znieść, a my zrobić trawers w koszulkach. Ja wtedy prowadziłem. Przeszedłem nad płytami, a tu nagle jak zagrzmiało, nie wiem skąd... Burza, pioruny, grad. Tam nie ma się gdzie schować, a tu koszulka, plecy, Jezus Maria... Plecy mieliśmy w sine cętki. Po linie przebiegały niebieskie iskierki. Mokra ściana elektryzowała. To może trwało 10 minut i przeszło. Dokończyliśmy trawers.

- W ratownictwie szkolił pan psa?

- Miałem Cygana. To był fajny pies, dobry. Owczarek niemiecki, z Bieszczad. Dostałem go od Marty Gutowskiej, lekarza weterynarii. Miał już ponad rok, gdy do mnie trafił. Nie miałem żadnego doświadczenia w szkoleniu, choć w domu zawsze były psy. Nie było na ten temat podręczników. Marta Gutowska przyjeżdżała, robiła z nami pierwsze szkolenia. Później dopiero przechodziliśmy szkolenia na Słowacji. Słowacy nas znacznie w tych sprawach wyprzedzili. W Austrii właściciel psa lawinowego Alfa, wielkiego owczarka niemieckiego, podarował mi książkę na ten temat. Została ona przetłumaczona, i mieliśmy podręcznik. Na początku to ja się uczyłem od psa... Twierdzę, że nie ma lepszego sposobu na odszukanie człowieka porwanego lawiną. Najwyższa technika zawodzi. Pies nie zawiedzie. Musi mieć swój dobry dzień. Dlatego trzeba mieć więcej psów. Ten był wtedy jeden jedyny. Później Franek Spytek miał bardzo dobrego psa Bućko, świetnie go wyszkolił. Później Zdzisiek Hoły miał psa, i kolejni. Ale z lawinami to jest tak, że gdy ktoś zostanie zasypany, to jak nie umrze ze strachu, szansa przeżycia jest minimalna. Mnie też kiedyś przysypało. To było w rejonie Morskiego Oka, pod Cubryną. Przeszukiwaliśmy lawinę, która zeszła kilka dni wcześniej i było podejrzenie, że są tam ludzie. Chłopcy na dole sondowali, a ja z psem poszedłem do góry. W pewnym momencie zrobiło się biało, coś huknęło, podcięło mi nogi, i jadę sobie na dół. Fajnie sobie jadę na dół, myślę: nie będę musiał schodzić. Ale czułem na plecach coraz większe ilości śniegu, zaczęło mnie przyciskać. Ratowałem się, żeby nie przekoziołkować. Kątem oka zobaczyłem, jak na grzbiecie pies mnie wyprzedza. Było na mnie coraz więcej śniegu. Nagle wszystko się zatrzymało, patrzę do góry - jasno. Słyszałem, co mówią koledzy. Oni widzieli całe zdarzenie. Nie mogłem ruszyć nogami ani jedną ręką. Byłem pewny, że drugą rękę wystawię nad śnieg, ale warstwa śniegu była zbyt gruba. Mogłem oddychać. Ale z każdą sekundą coraz mocniej mnie ściskało. Słyszę, że na dole ktoś mówi: pies jest, ale "Ujka" nie ma! Słyszę, jak Cygan się pozbierał, wszystkich sprawdził i poszedł do góry na lawinisko mnie szukać. Słyszałem, jak kilka razy nade mną przeszedł: "tup tup tup". Wołałem - nic. Chyba z lawiny nie było słychać. A ja wszystko słyszałem. Nagle wyczuł mnie i skoczył. Wtedy się zacząłem dusić, bo cały ten śnieg spadł na mnie, a spisko było duże. Zerwał mi kominiarkę zębami i zaczął się wycofywać, ale nie mógł, bo wpadł dość głęboko. Ale chłopcy zobaczyli i za łapy go wyciągnęli. No i mnie. Ale gdybym jeszcze został tam 15-20 minut, to nie wiem, jakby się to skończyło. Strasznie ściskało. Słychać było takie chrzęsty tego śniegu, który mnie "gipsował". Nie ma mądrych na lawiny. W najbardziej głupim miejscu zejdzie, a zaryzykować trzeba. Pamiętam akcję ratowniczą po taternika na Wielkiej Galerii Cubryńskiej, którą prowadziłem. Cała galeria stękała, chrupała, a myśmy musieli przejść. Bo czekał na nas człowiek. Mówiłem im: - to odrzutowce słychać, tylko się pospieszcie! Po wycofaniu się, gdy już byliśmy nad jeziorem, cała Galeria wyjechała... Wtedy zagrożenie lawinowe było duże, ale trzeba było ratować. Niestety okazało się, że biedak udusił się. Nie przeżył.

- Jak długo pan pracował w TOPR?

- Już 30 lat jestem na emeryturze. Pracowałem chyba 27 lat.

- W dziejach TOPR był pan chyba jednym z najlepszych narciarzy.

- Bo to jest tak: jak coś robić, to robić dobrze. Ja się starałem. Obserwowałem innych, którzy dobrze jeździli, ale nie umieli się do danego dnia zawodów przygotować. Wiedziałem, że dzień przed zawodami nie wolno trenować.

- Skąd pan to wiedział?

- Nie wiem. Ja to chyba miałem wrodzone. Wiedziałem, że dzień przed zawodami trzeba się wyłączyć, żadnych gimnastyk, najlepiej poleżeć, czy pospacerować. A inni: jutro zawody, a oni dziś trenują.

- Miał pan jakiegoś trenera? Ktoś panu to wszystko mówił?

- Nikt mi nie mówił, ja to wiedziałem, że jak odpocznę, to przychodzę z chęcią na zawody. Nie mogłem się doczekać startu. Dzisiaj obserwuję skoczków. Oni są przemęczeni. Tylu mają specjalistów od wszystkiego. Mówię Adamowi Małyszowi: - Adam dwa, trzy dni przed konkursem to sobie poleż z żoną i pobaw się z dzieckiem, a nie myśl o skokach! On na to: - nie mogę, bo taki jest program i muszę robić to, co mi każą. Są przemęczeni. Takie metody wypoczynku przed zawodami stosował Bronek Czech, ale nikomu nie mówił. To był wszechstronny, wspaniały sportowiec. On tylko mówił nam: - chłopcy, dzień - dwa przed zwodami nie trzeba trenować. Do "parówki", do domu, pospać, poleżeć. Chodziliśmy wtedy do "parówki" czyli do łaźni.

- Po przejściu na emeryturę rozstał się pan z górami?

- Nie, nie... Nie da się. Bo czegoś brak. Pierwszy okres jest taki bardzo trudny. Bo do pracy trzeba zawsze był wstać o określonej godzinie, iść. A bez tego to człowiek czegoś nerwowy. Wreszcie żona mówi: idź do tych ratowników! Ale później łagodnie, jakoś się przyzwyczaiłem. A w góry chodzę. Pewnie, że nie idę za wysoko, ale jednak idę. Z kijeczkami, na nartach. Narty to jest coś wspaniałego. Wspaniały pojazd. Bez żadnych silników, napędzany własnymi mięśniami i rozumem. Nie wiem, czy ktoś tak to odczuwa, jak ja. Jeszcze teraz, jak są świetne warunki, i jak tak sobie mogę swobodnie zjechać na nartach, gdy nie ma ludzi, no to nie wiem, gdzie jestem, tak wspaniale się czuję ...

Autor: Agnieszka Szymaszek