Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Narty - przygoda życia

Dodano: Czwartek, 22 kwiecień 2010 / Ilość wyświetleń: 1652- Jak zaczęła się pani kariera sportowa? Co panią pchnęło do zawodniczego uprawiania narciarstwa?

- Zaczęłyśmy z siostrą jeździć jako kilkuletnie dzieci. W tamtych latach w wielu rodzinach dzieci w wieku 5 - 6 lat po prostu spędzały dużo czasu na wolnym powietrzu. Były narty, był śnieg, była zabawa. Tak to się zaczęło.

- Pamięta pani swój pierwszy raz na nartach?

- Na nartach nie, pamiętam jednak swój pierwszy raz na Kasprowym. Wyjechaliśmy z trenerem klubowym na szczyt. Jedyne, co pamiętam, oprócz wrażenia, jakie zrobił wyjazd kolejką, to, że nic nie było nic widać... Jedyne, co się widziało, to tyły nart osoby, która jechała przodem. Gdy się odjechało jakieś 10 metrów, można było łatwo się zgubić. To robiło duże wrażenie: że jesteśmy na Kasprowym, nic nie widzimy, że jest tak groźnie.

- Pierwsze treningi, starty? Czy od razu trenowaliście na Kasprowym?

- Nie, dziecięce lata były zdecydowanie związane z malutkimi górkami w Zakopanem: Kozińcem, i innymi stokami. Były to miejsca, gdzie kluby miały swoje krótkie wyciągi, tzw. "wyrwirączki". Był to trening dla dzieci w pewnym sensie darmowy, bo wyciągi należały do klubów, trenowało się popołudniami aż do wieczora, a czasem nawet po ciemku, niektóre stoki bowiem były oświetlone.

- W jaki sposób zaczęła się pani kariera zawodnicza?

- Uśmiecham się zawsze na to wspomnienie, ale kiedy myślę o pierwszych startach, to muszę wspomnieć o Memoriale Kornela Makuszyńskiego, zawodach, w których startuje większość zakopiańskich dzieci. To nie jest jeszcze sport wyczynowy, ale po prostu wielkie święto narciarskie. Z tych zawodów najbardziej pamiętam to, że na rozdaniu nagród wywołali moją siostrę, a ja już chciałam biec po nagrodę.
Potem była seria małych dziecięcych i młodzieżowych zawodów: liga szkolna, potem zawody młodzików, spartakiady młodzieżowe. To były takie czasy, które dawały dużo radości. Była to przede wszystkim fajna zabawa, świetna forma rywalizacji, bez jakiegoś ogromnego stresu, aczkolwiek każdy walczył, aby osiągać jak najlepsze wyniki. Dla nas z siostrą było to o tyle przyjemne, że udawało się dobrze wypadać na zawodach, i pokonywać rywalki, choć nie zawsze - bywały dni, gdy inne dziewczyny były lepsze. Ale faktem jest, że wtedy było tych dziewczyn, które faktycznie z nami rywalizowały, kilkanaście - kilkadziesiąt.

- Jak to było między panią i siostrą? Czy to była rywalizacja, czy też wzajemne wspieranie się?

- Zawsze liczy się wynik jednej osoby. Miałyśmy ten komfort, że - czy wygrała Dorota, czy ja - liczyło się, że wygrała Tlałka. To była nasza siła. Oczywiście rywalizowałyśmy z Dorotą, ale ta rywalizacja była twórcza i motywująca, oparta na takiej zasadzie, że jeżeli moja siostra jechała dobrze, dodawało mi to wiary, że ja też mogę tak samo dobrze zjechać. Z kolei, gdy jednej z nas nie poszło, traktowałyśmy to w ten sposób, że mamy jeszcze drugą szansę, bo jechała jeszcze druga z nas.

Fot. Stanisław Momot


- Wspominała pani, że pierwsze dziecięce i młodzieżowe zawody była to głównie zabawa. A późniejsze, poważne starty? Czy narty to była wielka przygoda? Czy dominował stres? Jak sobie z nim radziłyście?

- Ogólnie rzecz biorąc, narciarstwo było jedną wielką fajną przygodą. Świetnym sposobem na spędzenie młodości. Natomiast sam start to jest stres, rywalizacja, presja, by osiągnąć jak najlepszy wynik. I to różnie na różne osoby działa.

- A jak działał na panią? Rozbijał czy motywował?

- W naszych czasach nie było w ogóle psychologicznego przygotowania zawodników. Uważam, że to wielka szkoda. Myślę, że dla nas w pewnym momencie była to bariera do osiągnięcia lepszych wyników. Śmieję się dziś, że moje wyniki są odzwierciedleniem mojego mentalnego poglądu na cały Puchar Świata. Zawsze, gdy zrobiłam dobry wynik, myślałam: "ale super, udało mi się", nigdy natomiast nie pomyślałam: "jestem najlepsza i mogę wygrać". Dlatego moje najlepsze miejsce w pucharze świata to druga lokata. Dziś widzę sportowców, którzy też mają taka barierę, i to jest zdecydowanie bariera mentalna, która sprawia, że w pucharach świata zajmują drugie, trzecie miejsca.
W jakiś sposób musiałyśmy się same uczyć radzenia sobie ze stresem. Dla mnie najlepszym psychologiem była Dorota. Gdy nie szło mi na treningu, umiała sprawić, bym się wyluzowała, uśmiechnęła, zaczęła jeździć lepiej. A później bardzo dużą pomocą psychiczną był fakt, że startowałyśmy razem. To, że byłyśmy dwie, to była nasza siła. Oprócz samych startów, było to ważne, ponieważ zawodnicy w zasadzie pół roku spędzali poza domem. Byłyśmy chyba jedyne w tak dobrej sytuacji, że miałyśmy kogoś z domu tuż obok siebie. To "wyrwanie" nie było aż tak odczuwalne.

- Gdyby po latach miała pani wskazać swój najważniejszy start?

- Za mój najlepszy wynik uważane jest szóste miejsce na olimpiadzie w Sarajewie. Dla mnie jednak to nie były najlepsze zawody. Po pierwsze nie dojechała Dorota. Było mi szkoda, bo wtedy ona jeździła trochę lepiej ode mnie. Po drugie była straszliwa mgła, a ja byłam po lekkiej kontuzji, nie całkiem związanej z narciarstwem. Po trzecie wygrała koleżanka, która w życiu nie wygrała Pucharu Świata, i nie wiem, czy kilka razy zdarzyło jej się wygrać z nami w Pucharze Świata. To wszystko nie dało mi poczucia dobrego wyniku. Natomiast największą radością był start, w zasadzie już pod koniec mojej kariery sportowej, w Akademickich Mistrzostwach Świata. Jechaliśmy do Sapporo, startowałam w trójkombinacji alpejskiej, na którą składały się: slalom, gigant i zjazd. Dla mnie to była niesamowita radość, bo zdobyłam złoty medal, ale również ze względu na fajny klimat zawodów. Chciałam zaszaleć, i pojechałam zjazd na pełnej prędkości. Tak samo było z gigantem, co do którego od lat nam wmawiano, że nie umiemy go jeździć. Zjechałam, i miałam z tego bardzo dużo frajdy. Następnie pojechałam slalom, który teoretycznie był moją zawsze najlepszą konkurencją. Zjechałam go dość przeciętnie, ale to wszystko wystarczyło, żeby kombinację wygrać. Śmiałam się potem sama do siebie, że właściwie szkoda, że człowiek podczas pierwszych imprez - Mistrzostw Świata, olimpiad, nie nastawiał się na takie konkurencje, w których można zdobyć medal. O tym, za co jest medal - np. za kombinację - ludzie nie pamiętają. Pamiętają tylko, że ma się medal z olimpiady, czy Mistrzostw Świata. Wtedy niewiele osób jeździło kombinację, była realna szansa na dobre miejsce. Kombinacja dała mi dużo radości, oraz możliwość wykazania się w różnego rodzaju dyscyplinach.

- W pewnym momencie zaczęłyście panie startować we Francji. Czy Francja bardzo panią narciarsko rozwinęła? Czy gdybyście panie tutaj zostały, czy miałybyście szanse na taki rozwój i sukcesy? Jak pani ocenia to po latach?

- Patrząc z dystansu, to może zrobiłyśmy to o 3 - 4 lata za późno. Natomiast było to niesamowite doświadczenie, nauka - zarówno pod względem sportowym, pod względem organizacyjnym, jak i pod względem odpowiedzialności za siebie. Tutaj byłyśmy prowadzone za rączkę. Tam znalazłyśmy się same, trzeba było o wszystko zadbać. To, że byłyśmy razem, stanowiło dla nas olbrzymie ułatwienie, bo samotność i tęsknota, która pojawia się na początku emigracji, jest bardzo trudna. My miałyśmy siebie.
Od razu dostrzegłyśmy mnóstwo różnic w narciarstwie, m.in., jeżeli chodzi o psychologię sportu, sposób funkcjonowania i organizacji kadry narciarskiej. Wszystko było nowe i inne.

- Czy panie po przyjeździe do Francji chciały startować Francji tam trenując, czy też chciałyście startować w barwach Polski, ale nie mogłyście?

- W 1987 roku, po przyjeździe do Francji, przed sezonem i w jego trakcie, trwały 3-miesiecne rozmowy, byśmy mogły startować w barwach Polski. Pierwsze zawody startowałyśmy jako reprezentantki Polski. Jednak później zostało nam to uniemożliwione ze strony Polskiego Związku Narciarskiego.

- Dzisiaj nadal zajmuje się pani narciarstwem, prowadzi pani ośrodek w Orawicach. Jak pani ocenia zmiany w narciarstwie, pod względem sprzętu i techniki?

- Zmieniły się narty, a przede wszystkim - dzięki nartom - prędkości, na jakich jeżdżą zawodnicy. Zmieniło się także m.in. przygotowanie stoku. Teraz bardzo dużo jeździ się po twardym podłożu, lodzie. Jedyne, nad czym ubolewam to, że narciarstwo wyczynowe staje się coraz mniej zdrowe. Dzieci, które przygotowują się do sezonu zimowego, trenują w 80 procentach na lodzie, a w 20 procentach na śniegu. Za naszych czasów te proporcje były odwrotne. To wszystko zostaje w stawach, w kontuzjach i deformacjach, które rujnują zdrowie. Ale sport ekstremalny nigdy nie wychodzi całkiem na zdrowie...

Fot. Stanisław Momot


- Jak pani ocenia dziś organizację narciarstwa w Polsce i przygotowanie naszych narciarzy do kariery zawodniczej?

- Być może te kilka osób na najwyższym poziomie ma zapewnione przygotowanie do sezonu zimowego na odpowiednim poziomie. Bardzo podoba mi się prowadzenie dzieci, organizacja sportu narciarskiego na bardzo wczesnym poziomie. Klub działają bardzo dobrze. Natomiast potem - pomiędzy poziomem najwyższym a sportem dziecięcym i młodzieżowym - jest dziura. Nie ma żadnej organizacji. To nawet nie jest piramida, po juniorach robi się nagle pustka. Nie wynika to z braku talentów, bo talentów wśród dzieci jest mnóstwo. Nie ma pomysłu na to, jak tych juniorów pociągnąć dalej. We Francji funkcjonuje tzw. kadra regionalna. Dziwię się, że u nas nie ma szkolenia, np. dla 10 najlepszych dzieciaków w Małopolsce. Nie ma też żadnego wsparcia dla młodzieży w tym wieku. Potem do kadry narodowej dochodzi kilka młodych osób,, niekoniecznie najlepszych, ale których rodzie mieli pieniądze na szkolenie przez kilka lat, którym udało się przeżyć bez kontuzji kilka sezonów, i którzy mieli na tyle wytrwałości, że nie zniechęcili się tą sytuacją.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek