Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Wywiad

Dodano: Środa, 26 maj 2010 / Ilość wyświetleń: 2298- Jako skoczek miał pan bardzo duże sukcesy, m.in. Wicemistrzostwo Świata w Szpindlerowym Młynie podczas Akademickich Mistrzostw Świata.

- Tuż po wojnie rozwaliliśmy łańcuch, którym na dole zamknięta była skocznia, i zaczęliśmy skakać jako podrostki. Pamiętam, jak wyszatkowali trasę na skoczni na trzy pary nart, w głębokim śniegu. Na górę wyszło 15 łebków, m.in. ja. Kto będzie skakał pierwszy? Zdecydowałem się, udało się, potem zaczęli inni skakać. Oddałem zatem pierwszy po wojnie skok na Wielkiej Krokwi. Później zorganizowano konkurs na przebudowę skoczni na FIS 1962. Wygrałem ten konkurs. Przebudowywaliśmy skocznię. W zespole obok mnie była moja żona Jadwiga Karpiel, architekt Bronisław Stefanik i zespół projektantów branżowych. Projekt wykonany był w krakowskim Biurze Budownictwa Przemysłowego oraz w Mostostalu w Zabrzu, który był również wykonawcą. Projektowanie i realizacja przebiegały w trudnych warunkach z uwagi na pośpiech. Trwały ok. 4 miesięcy. Pamiętam, jak miesiąc przed terminem wykonawca specjalnych elektrycznych tablic sędziowskich na wieży podał, że tablice spaliły się w trakcie prób i w związku z tym nie są w stanie wykonać ich na termin. W tej sytuacji zwróciłem się do biura K.B.P.B. do inżyniera J. Czupryka o wykonanie prymitywnych tablic na przyciski guzikowe, żeby wyglądały jak elektroniczne - podałem mu technologię ich funkcjonowania i tym sposobem można było informować w sposób, który nas nie kompromitował. Działały jeszcze przez 20 lat.
Skakałem jeszcze w latach 50. Byłem w kadrze olimpijskiej na wyjazd do Oslo. Pisałem wtedy pracę dyplomową architektoniczną, bo byłem na studiach. Pisałem ją w Bielsku, mieszkałem w Szczyrku. Tam trenowałem. Oblatywałem rano o 5.30 Skrzyczne i na godzinę 8 dojeżdżałem do biura. Moi koledzy organizowali tam wówczas skoki. To były pierwsze próby na słomie i igielicie. Niejaki Poldek Tajner - skoczek, ojciec obecnego prezesa Polskiego Związku Narciarskiego był inicjatorem skakania na tych sztucznych nawierzchniach. No ale warunki były bardzo trudne, nie było mowy o igielicie, więc rozbieg i zeskok były wyłożone matami ze słomy. Było to na skoczni w Malince. Byłem tam jedynym z kadry, więc mówili: musisz skakać. Wyszedłem na rozbieg, ale nikt się nie zabierał, żeby skoczyć jako pierwszy. Więc musiałem znów oddać pierwszy skok. Ludzi było bardzo dużo. Jadę na próg po tej słomie, i zaczyna mnie trzymać, jakbym po piasku jechał. Walę się na dechy przed progiem, tak potwornie się wybiłem, że przeleciałem te dechy, ale już ciągnęło mnie na głowę. Skoczyłem bardzo daleko. Lecąc na głowę wyciągnąłem rękę, z potwornym bólem podniosłem się, wybiło mi bark i łokieć. Zabrali mnie do szpitala w Bielsku. To był czerwiec, a olimpiada miała być jesienią. Przeszedłem specjalistyczną intensywną rehabilitację: naciąganie, kąpiele w parafinie, ćwiczenia na maszynach "Zandera". Niesamowity wysiłek. Do dziś mam mały nic nieznaczący przykurcz. Rzeczywiście do jesieni, gdy było zgrupowanie na olimpiadę i próbne skoki, ręka była niby w porządku. Jednak podczas pierwszego skoku potwornie mnie zabolało, wylądowałem, i zgłosiłem: nigdzie nie jadę, bo nie jestem w stanie skakać, tak mnie boli. Ale potem jeszcze dosyć długo skakałem, i jeździłem na nartach - kiedyś startowałem w biegu zjazdowym.

- Dużo pan jeździł na Kasprowym?

- Był taki czas, że w pewnym okresie po pracy codziennie byłem na Kasprowym. Przeważnie trenowaliśmy szusy z Kasprowego do Kuźnic, czego dziś się nie robi. Na "krechę" z przełęczy. Pamiętam, że trener przygotowywał nas na jakieś zawody. Przede mną szusował Jan Ciaptak. Jasiek jedzie przede mną, jakieś 50 metrów. Pamiętam padak do leja, trzeba tam było od razu skręcić w prawo. Przyciąłem z góry. Nie wiem, co zrobił Jasiek, ale poszedł prosto. Zagapił się, nie był w stanie skręcić. Wyleciał w powietrze, obrócił się w prawo... i przeleciał nad moją głową. Wpadł głową prosto w śnieg. Zatrzymałem się, wróciłem do niego. Jasiek mówi: - Złamałem nogę. Takie były treningi.

Nie każdy wie, że na Kasprowym odbywały się skoki. Od dzwonu był rozbieg, a tam, gdzie trawersem wiedzie droga, był 3-metrowy próg - nad tą dróżką. Skakało się ok. 70 metrów w dolinę. Okropne uczucie, dlatego, że na normalnej skoczni człowiek ma kontrast otoczenia. A tam wylatywało się do góry i nic się nie widziało. Człowiek wisiał w powietrzu i nic nie widział. A w powietrzu trzeba się było ustawić do lądowania. Potem podjeżdżało się pod Beskid. Skocznia zbudowana była ze śniegu.

- W jaki sposób zainteresował się pan jako architekt opracowaniem zagospodarowania narciarsko-turystycznego Kasprowego Wierchu?

- Sprawa zaczęła się dosyć wcześnie, od współpracy z inżynierem Osmólskim, technologiem od spraw budowy kolejek, który pochodził ze Lwowa. Kolejkę na Kasprowy budowali w latach 1936 - 37 przez 6 miesięcy. W zasadzie narciarski rozwój Zakopanego rozpoczął się dzięki ludziom ze Lwowa.
Przed wojną z Kotła Gąsienicowego na Kasprowy kursował wyciąg saniowy. Później wybu dowano siedząco-wyciągową kolejkę na Kasprowy. Na podporze podnosiła człowieka na takim siodełku, a potem obniżała i jechało się po śniegu. Do tego wyciągu wykorzystana była maszyneria przedwojenna. Potem wybudowana została jednoosobowa kolejka krzesełkowa, którą projektowaliśmy z inżynierem Osmólskim. Działał też bardzo czynnie ówczesny dyr. Królikowski, również ze wschodu. Chcę to podkreślić, bo to rzeczywiście bardzo dzielni ludzie, którzy znacznie przysłużyli się do rozwoju narciarstwa w Zakopanem.

Po wojnie zajęto się dosyć wcześnie sprawami Kasprowego. Chciałbym tu opowiedzieć pewną historię. Kolejka na Kasprowym została w czasie wojny uratowana. Uciekając, tylne straże niemieckie wysadzały mosty i elektrownie w Zakopanem. Jechali także wysadzić kolejkę. Akurat pan Ćwikła, pracownik kolejki, szedł akurat do miasta. Niemcy przyjechali na Bystre, i nie wiedzieli, gdzie dalej się udać. Pytali się, gdzie kolejka. On im mówi: - Tam, ale tam już są partyzanci. Niemcy wysadzili więc mało znaczący budynek - starą halę, w której kiedyś mieściła się blachownia, kiedy w Kuźnicach w 19 wieku wytapiano żelazo.

Mnie zagospodarowanie Kasprowego leżało na sercu, ponieważ byłem narciarzem, i od małego jeździłem. Myśmy się w górach chowali pod koniec wojny, uciekaliśmy z domu na cały dzień, bo wtedy łapali takich 14 - 15- latków. Wychodziliśmy do Czuby pod Giewontem i tam jeździliśmy w stronę Doliny Ku Dziurze nie dojeżdżając do szlaku, żeby nie było widać śladów, potem wracaliśmy na szczyt i wyjeżdżaliśmy pod Reglami, gdzie już było udeptane; by nie było widać, że tam uprawiamy narciarstwo. Zresztą cała przedwojenna kadra, Marian Zając, Helena Marusarzówna, i wielu innych, wszyscy trenowali w Dolinie Spadowiec. To była jazda między drzewami, korzeniami.

Po wojnie zaistniała potrzeba opracowania zagospodarowania narciarskiego i turystycznego Kasprowego Wierchu. Wykonałem takie opracowanie. Gdy zobaczył je dyr. Królikowski, powiedział, bym zrobił takie dla nich, tzn. dla Polskich Kolei Linowych. Zrobiłem więc opracowanie po raz drugi, już w Krakowskim Biurze Projektów Budownictwa Przemysłowego. Pokazaliśmy je dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego. Były to lata 70.
Podstawowe wytyczne projektu były następujące: należało otworzyć drugie wejście w rejon Kasprowego. Projekt zakładał wybudowanie obok Krokwi tras narciarskich, zjazd na Dolne Kalatówki i Polanę pod Kuźnicami. Z Dolnych Kalatówek (rejon Padakó) kolejka gondolowa wywozić miała narciarzy w rejon Kasprowego, a krzesełkowa z Kondratowej na Łopatę. Z Doliny Goryczkowe kursować miały kolejka do Świńskiego Kotła. To była część zachodnia. Natomiast część wschodnia obejmowała kolejkę, która dziś funkcjonuje, a także dodatkowo kolejkę na Gąsienicowej w stronę Kopy Królowej, oraz mały wyciąg na Karczmisko.Trasa FIS II miała zostać udrożniona z wariantem naokoło Padaków dla słabo jeżdżących. W tamtym czasie FIS II był utrzymywany - trasy utrzymywał Centralny Ośrodek Sportu. Byłaby też oczywiście trasa FIS III. Według naszego projektu z kompleksu mogłoby korzystać11 tys. osób dziennie mogło korzystać.

Park stwierdził, że do projektu ustosunkuje się w ciągu 2 tygodni. Tymczasem PZN zajął wówczas takie stanowisko, że trasa FIS II ich nie interesuje. Brakowało jej ok. 24 metrów, by spełnić parametry techniczne. Na olimpiadę można by ewentualnie wybudować pomost, a później go rozebrać. Ta trasa była dla naszych narciarzy wybitna, jeżeli chodzi o trening. Nigdzie nie mamy tak długiej, 4-5 kilometrowej trasy. W warunkach trudnego śniegu to jest wspaniała treningowa trasa. Oni stwierdzili jednak, że trasę FIS II należy zlikwidować...

TPN z kolei ustosunkował się do projektu w ten sposób, że zlecił opracowanie konkurencyjnego projektu przez biuro resortowe ministerstwa leśnictwa w Łodzi. Przyjechał do mnie dyrektor tego biura, i powiedział: - Narzucili nam zrobienie konkursu na zagospodarowanie Tatr. Przyjechałem do pana, bo my się na nartach w ogóle nie znamy. Chcieliśmy, by pan wykonał projekt.
Więc robiłem go trzeci raz... już pod kątem konkursu.
Na posiedzeniu biura, podczas którego plan został zaprezentowany, Park znów nie zajął stanowiska. Był to rok 1974, a projekt aktualny był do 1980 roku.
Po 2 tygodniach Park zlecił wykonanie projektu zagospodarowania narciarsko-turystycznego do Instytutu Kształtowania Środowiska w Krakowie, gdzie dyrektorem był Jurek Kozłowski, mój kolega. Przyjechał do mnie i powiedział: Staszek, musisz iść do nas na etat. - Mówię: na etat nie pójdę, mogę na pół etatu, bo i tak z tego nic nie będzie, ponieważ ten projekt bez przerwy torpeduje dyrekcja TPN.
Pracowałem u niego 2 lata. Zajmowałem się kilkoma tematami z 12, w tym sprawą narciarskiego i turystycznego zagospodarowania Kasprowego. Zaprosiłem do współpracy Magdalenę Janotę, geografa. Zajmowałem się w tym Instytucie w latach 1978 - 79. Wtedy to dostałem propozycję wyjazdu do Syrii. Byłem tam 7 lat, projektowałem m.in. stadion na 80 tys. widzów i halę na 10 tys. osób. Potem wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Chciałem odwiedzić syna. Oni w tym czasie zatwierdzali w Nowym Sączu projekt. Skończyli w 1986 roku, 6 lat zatwierdzali... W tym czasie zajmowała się nim pani Magda Janota. Zatwierdzili ograniczając znacznie zakres, bez drugiego wejścia od Krokwi. Zlecone zostało wykonanie projektu budowlanego do biura w Krakowie. Biuro, gdy rozeznało się w temacie, zrezygnowało. Po 6 latach zatwierdzenie projektu zostało... skreślone - do czasu do czasów zatwierdzenia planów ochrony wszystkich parków narodowych w Polsce. A planów ochrony nie ma do dzisiaj.