Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Wszystkie kąty na kolejce znałem

Dodano: Wtorek, 6 lipiec 2010 / Ilość wyświetleń: 1688-Pierwsza moja praca - było to zimą - pan kierownik Wojciech Trybus wyjechał ze mną na Kasprowy, na stary wyciąg i mówi: widzisz tę hałdę śniegu i łopatę? To ma zniknąć. I nie chodziło o łopatę, a hałdę śniegu! Potem jakiś czas byłem bileterem, potem poszedłem na 2 lata do wojska, i wróciłem na kolejkę w 1963 roku. Później byłem bileterem, konduktorem, maszynistą, dyżurnym ruchu, a najdłużej to kasjerem. To była właściwie moja jedyna praca. Może bym i dłużej pracował, ale 10 lat temu dostałem zawału.

- Pracował pan na bardzo wielu różnych stanowiskach, ale najwcześniej był pan bileterem.

- To było wpuszczanie ludzi do wagonu. W międzyczasie robiłem szkolenie na konduktora. Krótko byłem na wagonach, jeszcze na tych pierwszych, starych, ośmiokątnych. Potem przeszedłem do kasy.

- To była chyba ciekawa praca, cały czas miał pan kontakt z ludźmi?

- Przewalały się straszne ilości ludzi, czasem dziennie1000 osób trzeba było obsłużyć, bywało, że w lecie pracowałem czasem 14 godzin. Ale to było 13 dni pracy i reszta wolna - dzień pracy i 2 dni wolnego. Przy starszych biletach kartonowych zmiana kasy w trakcie dnia była praktycznie niemożliwa, bo samo rozliczenie kasy to było godzina, wszystkie numery biletów trzeba było spisać, podliczyć pieniądze. Dopiero później zaczęły się zmiany. Mi ten 14-godzinny charakter pracy odpowiadał, bo w międzyczasie pracowałem w GOPR. Był to w latach 70. Chciałem koniecznie kupić sobie samochód, a z pensji się nie dało. W GOPRze pracowałem jako konserwator sprzętu i kierowca sanitarki. Prawie wszystkie doliny tatrzańskie autem zjechałem... W GOPR pracowałem 3 i pół roku.

- Jak pracowało się w kasie? Kasprowy był zawsze oblegany. Czy była walka o bilety, pokątne sprzedaże? Handlarze kupowali większe ilości i sprzedawali na boku?

- Nie mogli wykupić większej ilości biletów, bo była zasada: 2 bilety na osobę. W sezonie ludzie potrafili od godziny 2 - 3 w nocy ustawiać się w kolejce. Był taki okres w zimie, że ci, co mieszkali w Zakopanem i Kuźnicach wpółzawodniczyli z tymi z Hali Gąsienicowej - kto pierwszy stanie w kolejce. Ci z Hali potrafili po północy narty przypiąć i jechali do kolejki do Kuźnic. Tłumy były straszne. Handlarze też byli. Ustawiali się całymi rodzinami. Była taka rodzina - mąż, żona, czwórka dzieci. Postali, kupili każdy po 2 bilety, bo wtedy była jeszcze sprzedaż na cały dzień, potem ojciec zostawał z biletami, reszta szła do domu. I sprzedawał po znacznie wyższej cenie. Później, gdy wprowadzono sprzedaż na bieżąco, już nie mogli sprzedawać tych biletów, bo ich nie mieli, ale zajmowali miejsce w kolejce do kasy. "Dzień doby pani, mam miejsce tam już blisko kasy - tyle i tyle". Parę raz było tak, że konik musiał się przejechać na Kasprowy.

- Były kłótnie, walki o bilety przy kasie?

- Przy kasie to już nie, ale przed kasą i wejściem bardzo często, bo ludzie próbowali się bokiem wpychać, a kolejka potrafiła być na parę godzin. Ale przy systemie sprzedaży na cały dzień, to jak o 7 otworzyło się kasę, to o 9 było już po biletach. Zwłaszcza jeśli się człowiek spieszył - a ja szybko sprzedawałem, bo jakiś czas jeszcze pracowałem w kasie na dworcu kolejowym, tam była kasa przedsprzedaży PKL dla biur turystycznych, czasem przychodził klient z biura i kupował 100 - 150 biletów, to trzeba było te bilety szybko wystemplować.

- Lubił pan tą pracę?

- Jakbym nie lubił, to bym nie pracował tyle lat. Poza tym ciekawa praca, bo człowiek poznawał wielu interesujących ludzi.

- Jakie znane osoby pan poznał?

- Dla mnie najważniejszym był kardynał Karol Wojtyła.

- Sprzedawał mu pan bilet?

- Znałem go, bo jeździł tu na nartach z moim znajomym ks. prof. Tadeuszem Styczniem, który potem po Karolu Wojtyle przejął katedrę na KUL-u. Razem mieszkali w Jaszczurówce i przychodzili sobie codziennie pojeździć na narty. Nawet narty u mnie trzymali, żeby codziennie nie nosić. Zawsze herbatę się wypiło, porozmawiało. Dla mnie szokiem było, gdy dowiedziałem się, że został papieżem.

- Jak pan go wspomina?

- Był sympatycznym człowiekiem, bezpośrednim. Lubił rozmawiać. Nie było u niego żadnej manii wyższości. Dla niego ulubionym człowiekiem na kolejce był taki Ludwik Skawiński, który mieszkał na stacji w Kuźnicach, on był stróżem, palaczem. Bardzo część tam u niego w mieszkaniu przebierał się z narciarskiego ubrania w swoje. On się nie wyróżniał w ogóle od ludzi. Bardzo prosty strój, byle jakie narty, żadnego szpanowania. Jak ktoś nie wiedział, kto to jest, to nie zwrócił uwagi.

Utkwiło mi w pamięci wizyta na Kasprowym Kekkonena, prezydenta Finlandii. Jaki to był cyrk. 3 dni wcześniej się zaczęło. To były lata 60. "Cichociemni" sprawdzali wszystko wykrywaczami metali. Pomysł świetny, skoro wszystko było naszpikowane żelastwem. Na podpory wychodzili, czy jest wszystko w porządku, kompletnie się na tym nie znali. Akurat jak on był Kasprowym, byłem na górze na dyżurze. W dyżurce była centrala "opiekunów". On przyjechał ze Staszkiem Marusarzem, bo znali się jeszcze z zawodów, chcieli sobie na nartach pojeździć. Zapięli narty, pojechali na dół do Gąsienicowej, a panowie z ochrony w półbucikach na piechotę biegiem za nimi, zanim dobiegli na dół, to oni już wyjechał z powrotem na górę, i tak gonili za nimi, a ponieważ w dyżurce była ich centrala, tylko słyszeliśmy, jak mówią przez radio: "nr 1 jest tam, nr 2..." gdyby człowiek miał kamerę... bardzo pociesznie to wyglądało, panowie w płaszczach, półbucikach. A oni chcieli urwać się od tej całej ochrony, by pojeździć i porozmawiać. A w tych czasach był to problem, by ktoś taki mógł swobodnie rozmawiać.
Woziło się jeszcze paru ministrów, sekretarzy, jak prezydent nastał, to też był na kolejce, sporo ludzi z Krakowa, z władz wojewódzkich.

- Czy w latach 60 można było zauważyć "szpanowanie" sprzętem? Czy ludzie byli biedni, bogaci?

- Biedni na Kasprowy raczej nie jeździli. Było szpanowanie, bo ludzie z zagranicy przywodzili buty, narty, kombinezony. W Polsce można było kupić narty Polsporty w wytwórni u Brysia w Szaflarach i koniec. A niektórzy mieli sprzęt, ubrania, zza granicy. Niektórzy po to tylko wyjeżdżali na Kasprowy, by posiedzieć w restauracji, pogadać, przeczytać gazetę, wypić coś, i zjeżdżali z powrotem kolejką. Kiedyś wyjechała pani i nie potrafiła zapiąć nart. Dopiero któryś z chłopaków z GOPR u zapiął jej ten narty, ale odpiął i powiedział: niech pani idzie do kolejki, bo ja nie będę za chwilę pani zbierał.

- Jakie warunki panowały? Nie było wtedy ratraków.

- Dość trudne. Gdy pracowałem na wyciągu w kasie, rano np. zakładałem ślad z Kasprowego, bo można był przejść z Myślenickich Turni trawersem do dolnej Goryczkowej, ale jak był duży śniegi i lawiniasto, wyjeżdżało się na szczyt i zjeżdżało się Kotłem Goryczkowym do kasy. Nie było wtedy na górze nikogo. Raz zapiąłem narty, zjeżdżam i słyszę sapanie za mną. Oglądam się, patrzę, a tu owczarek podhalański Staszka Skupnia z Kondratowej. Po coś się tam zaplątał w okolice Kasprowego i wracał do domu. Biegł moim śladem. Cały czas myślałem: obym się tylko nie wywrócił, bo jak te kilkadziesiąt kilo spadnie na mnie, to nic ze mnie nie zostanie, bo ja byłem chudzina. Na szczęście na dojeździe do kotła piesek skręcił sobie na Padaki, a mnie się od razu zrobiło lżej.

Przeważnie na starym wyciągu, który działał zaraz po saniowym, tam się siedziało na siodełku, ale jechało się nartami rynną w śniegu, i trzeba było tę rynnę zrobić, w trakcie dnia poprawiać. Czasami górny peron był zawalony po dach, gdy był wiatr i śnieg. Godzina - dwie odwalania śniegu, oczywiście narciarze się wściekali, dlaczego w dzień się to robi? Ale kiedy mieliśmy to robić, w nocy? Ile razy było tak, że się odwaliło, i za 2 godziny trzeba było zatrzymać wyciąg i znów odwalić, bo zaspa była. Teraz śniegi są mniejsze, ale pamiętam z początku bywało 2 - 2,5 metra, to było normalne na Kasprowym. Nieraz było tak, że wagon na górną stację nie mógł wjechać, to się rano kontrolną jazdą dojeżdżało na przedni peron, wyskakiwało się nad przepaściami, wykopywało się tunel, by można było dojechać.

Była też ciekawa funkcja, która również mi się trafiała, jako że byłem wysoki z długimi rękami: podawanie nart z wagonu. Bo był bagażnik z przodu na wagonie, i ktoś te narty musiał podawać. Trzeba było, gdy wagon dojeżdżał, skoczyć na bagażnik wagonu i po kolei narty klientom podawać.

- Pracując z kolei jako konduktor mógł pan obserwować reakcje ludzi w kolejce. Czy niektórzy się bali?

- Przeważnie, a jeszcze jak ktoś zaczął gadać głupoty, straszyć ludzi, że się podłoga urwała...Konduktorem byłem krótko. Sporadycznie bywałem też maszynistą. Były okresy, gdy ci, co mieszkają na Turni, wyjeżdżali na urlopy. Wtedy trzeba było na Turni mieć dyżur. Wyjeżdżało się, zwoziło wszystkich pracowników i człowiek zostawał sam jak palec na noc. Pierwszy raz miałem pietra, a było to wtedy, gdy miś z Kondrackiej chodził w tamtych rejonach. Nagle zaczynają się drzwi od peronu strasznie tłuc, ja mieszkałem w służbowym pokoju na górze. Ciemno straszno, ale trzeba iść zobaczyć, co się dzieje, bo jak się niedźwiedź dobija? Ale to był wiatr... Rano trzeba było o 6 być w maszynowni, wywieźć ludzi, i szło się do domu.

Pełniłem właściwie wszystkie funkcję oprócz mechanika i kierownika, bo nawet dyżurnym ruchu byłem przez jakiś czas. Wszystkie kąty znałem. Sami robiliśmy remonty. Każdą linę, śrubę człowiek znał na pamięć. Jako kasjerzy pomagaliśmy też remontach. Na początku to było malowanie płotów, korowanie żerdzi, a później zaczęły się posiłki regeneracyjne i wszyscy kasjerzy w czasie remontów gotowali zupy z wkładką dla reszty.

W tej chwili tam gdzie jest kasa, była kuchnia, a kasa była pod peronem, a wcześniej, jak mnie jeszcze nie było, to tam była stajnia dla koni. Konie były potrzebne przy budowie, trzeba było dowieźć materiały na podpory, na Turnie.

- Pamięta pan wyjątkowe, albo niebezpieczne sytuacje? Ewakuacje?

- Ewakuacja to raz tylko była, na szczęście to była rosyjska grupa. Wagon stanął blisko podpory. Nie bali się, przeszli z wagonu na podporę, z innymi to byłby problem, ale Rosjanie to są ludzie odważni. Zeszli po podporze bez strachu. Raz został uszkodzony kabel zasilający i Kasprowy był w ogóle bez prądu, ale kolejka chodziła, bo Turnie miały zasilanie. Wyjechała na górę grupa przemysłowców niemieckich z RFN. Byli tu przez któregoś sekretarza partii zaproszeni, chyba to było za Gierka. Pech chciał, że wiatr zarzucił linę na górnym odcinku, między szóstą podporą a Kasprowym. Weszła pod pałąk od wozaka. Trzeba było wyjechać na trasę i linę wyciągnąć. Polegało to na tym, by znaleźć moment, gdzie jest najmniejsze napięcie liny, by można ją było podważyć i wyrzucić, ale zerwał się taki wiatr, że linę z przeciwległego toru pchało pod wagon, o mało nie przeszła na drugą stronę wagonu, a wtedy to byłaby makabra. Wycieczka była na Kasprowym, myśmy we dwójkę wyjechali na trasę, półtorej godziny to trwało, zimno potworne, kolega siedział na górze i próbował to wydłubać, a ja na dole pilnowałem sygnału oraz, by ta druga lina nie weszła popod wagon. Było tak potwornie zimno, że uratowała nas jedna rzecz. W wagonie był denaturat do czyszczenia szyb i czyściwo. Zapaliłem w wagonie ognisko na podłodze, polałem to spirytusem, żeby choć ręce ogrzać. Udało się w końcu odhaczyć linę. W maszynowni był Kaziu Nowak, jeden z najlepszych maszynistów jakich znałem, wyjechaliśmy na górę, i pierwsza rzecz - taki lustracyjny Śmiertka, starszy facet, on tam lata mieszkał, też miał kupę przygód, czekał na nas na peronie z kubkami grzanego wina. Od razu się człowiekowi zrobiło przyjemnie. A ci Niemcy i inni ze świeczkami w holu czekali, już było ciemno.

Nową kolejką nie jeżdżę często. Nie jest wskazane, bym często jeździł i zmieniał wysokość, ze względu na zawał, który przeszedłem. Zawału dostałem w pracy. Rano zawiozłem żonę do sanatorium, bo była akurat na rehabilitacji, i pojechałem do Kuźnic. Służbę miałem odbyć tego dnia na górze. Mówię koledze: "jeszcze zapalę papierosa i jadę do góry". I zaczęło się. W ciągu 10 minut byłem w karetce. Całe szczęście, że dostałem zawału na dole. Znajomy lekarz mi powiedział: "panie Kazku, jakby pan na Turnie wyjechał, to już byśmy nie rozmawiali". To był rozległy zawał. Było to w roku 2000, a od 2001 jestem na emeryturze.