Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Wokół Kasprowego znam każdy kamień

Dodano: Czwartek, 20 październik 2011 / Ilość wyświetleń: 2397- Zacznę od zawodniczego etapu w pana życiu. Należał pan do czołówki alpejczyków. Podobno pana trenerem był Jan Ciaptak. Na jakie lata przypadała pana działalność zawodnicza?

- Zacząłem narciarstwo sportowe od 1962 roku. Pierwsze moje kroki na nartach stawiałem, gdy miałem 12 lat, czyli dość późno. Brat mnie wciągnął. Zaczął wcześniej, jest młodszy, ale wycofał się wcześniej niż ja. Pierwszym moim klubem był WKS, w którym zresztą zostałem do końca swojej kariery. Postępy w juniorach robiłem bardzo duże. Szedłem jak burza. A potem przyszedł taki okres, że stanąłem w rozwoju. W późniejszym wieku specjalnych wyników nie miałem. Po prostu miałem dużą konkurencję: jeździłem z Bachledami i innymi asami, jak na nasze warunki.
Byli też Rysiek Ćwikło, Derezińscy i wielu innych. Andrzej Roj był trenerem kadry.
W juniorach wygrywałem wszystko, w każdej grupie zdobywałem Mistrzostwo Polski. Karierę sportową kończyłem powoli. W tym czasie skończyłem studia AWF w Krakowie. Trenowania zawodniczego było w sumie ok. 20 lat.
Pierwsze kroki na nartach stawiałem na Kozińcu. Tam WKS miał swój wyciąg, taką wyrwirączkę. Pamiętam, był taki Marian Bukuś, starszy pan, który ten wyciąg obsługiwał. Pierwszy trenerem był Banaś Jurek. Później przyszedł Ciaptak, a ostatni był Tomasz Gluzinski.
W końcowej fazie, gdy kończyłem karierę i traktowałem narciarstwo na luzie, nieraz brałem udział w balandze, a następnego dnia wygrywałem zawody. Człowiek był młody... Trener Tomasz Gluziński mówił nieraz do innych zawodników: "nie bierzcie z niego przykładu, bo to nie jest reguła".

Portret. Fot. Archiwum Jerzego Chramca


- Trenowaliście dużo na Kasprowym?

Tak, głównie gdy byłem w kadrze, bo w klubach raczej pieniędzy nie było, raczej trenowaliśmy blisko, bo treningi odbywały się po szkole, więc też nie było czasu. W kadrze byłem ładnych parę lat

- Udawało się panu godzić trenowanie i starty ze studiami?

- Miałem indywidualny tok studiów. Nie chciałem nawet na nie iść. Skończyłem budowlankę, byłem technikiem budowlanym, na siłę wciągnięto mnie na te studia. Zaproszono mnie, gdyż otwierano kierunek. W pewnym momencie, gdy kończyłem AWF, zastanawiałem się, czy nie iść na medycynę, ale w końcu nie zdecydowałem się. Lubię pracować fizycznie.

- Czy jest pan potomkiem Andrzeja Chamca ? lekarza, założyciela pierwszej stacji klimatycznej w Zakopanem?

- Tak, jednak nie jesteśmy potomkami w linii prostej tego Andrzeja Chamca. Mieszkam w Zakopanem, na Bystrem, tam się ożeniłem i osiadłem. Od 1991 roku pracuję w górach.

- Czy po zakończeniu studiów od razu poszedł pan pracować w góry?

- Po skończeniu studiów, gdy kończyłem karierę narciarską, myślałem, by pójść pracować jako trener do klubu. Miałem dyplom trenera i nauczyciela wychowania fizycznego. Chciałem postawić warunki. Jednak w klubie nie chcieli słyszeć, bym stawiał jakieś warunki, skoro przychodzę do pracy. Nie chodziło mi o finanse, ale żeby uzyskać efekt swojej pracy. Miałem swoją wizję, bo przecież jeździłem po świcie, widziałem też na swoim przykładzie, co można zrobić, by zawodnika przyciągnąć, by traktował poważnie trenowanie i startowanie.
Mottem mojej mamy było: "żebyś nogi nie złamał". Przez to mój brat się wycofał. Może gdy byłem juniorem, nie miałem hamulców. Później już hamulce były. Gdy sportowiec ma hamulce, to wyniku dobrego nie osiągnie. Trzeba na 100 procent. Ważna jest psychika.
W pewnym momencie, w juniorach szedłem jak burza. Do dziś nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego nadszedł taki okres, gdy stanąłem w rozwoju. Jechałem, błędu żadnego nie popełniałem, a czasowo wychodziło to wolno. Psychika.
Tak wiec pomału z kariery się wycofywałem. Pamiętam starszych kolegów, jakie żale mieli do klubu, że im nie podziękował. Ja nigdy od nikogo podzięki nie oczekuję. Taki mój charakter. Skończyłem karierę. Ożeniłem się - żona moja pochodzi z rodziny Skupniów. Córki Staszka Skupnia też jeździły na nartach. Od tego czasu zaangażowałem się w prowadzenie schronu na Goryczkowej, teść pomógł. Do dziś go prowadzę. Choć zeszłej zimy ani jednego dnia nie był czynny, bo nie było śniegu, a rok temu - 3 tygodnie.

- Od lat zajmuje się pan przygotowywaniem tras narciarskich wokół Kasprowego Wierchu.

- Gdy zacząłem prowadzić schron na Goryczkowej, często byłem w terenie, widziałem, że to nie jest tak, jak trzeba. Nikt wtedy o to nie dbał. Trasami opiekował się Centralny Ośrodek Sportu, nie miał żadnego interesu, żeby te trasy utrzymywać. Było to rozdzielone. Co wozili narciarzy, ci musieli obsługiwać trasy. No to obsługiwali tak, jak obsługiwali. Nikt się nie przykładał. Jak nie było śniegu, to nie było. To było w poprzedniej epoce. A ja prowadząc schron wszystko widziałem, że to nie jest, jak trzeba. A gdy zimą nie zarobiłem, to latem nie miałem pieniążków. Tylko na prowadzeniu schronu wtedy się opierałem. Nie szukałem gdzieś specjalnie pracy, taki mój charakter, że jak nie mam, to nie wydaję, a jak mam, to oszczędzam. Małą łyżeczką ciągle całe życie, spokojnie. No i pracoholikiem jestem strasznym, to już choroba jest moja. Chyba dokąd nogami będę ruszał, to będę pracować. W 1991 roku poszedłem do byłego dyrektora PKL-u Ryszarda Antoszyka i zaproponowałem mu pracę. Wcześniej już robiłem coś na trasach, np. szedłem z łopatą na Bulę, i jak śnieg się tam wytapiał, to podsypywałem, żeby ludzie mogli sobie przejeżdżać. Robiłem to z własnej woli, bez pieniędzy. Potem zaczęliśmy pracować z bratem (Andrzejem - przyp. red.) Do tej pory pracujemy razem. Był okres, że 3 jego synowie nam też pomagali. To bardzo ciężka praca, nie ma chętnych.
Według umowy, jaką mamy zawartą z PKL-em, mamy trasy narciarskie utrzymać w przejezdności. Przygotowujemy stoki, nartostrady.

Prace. Fot. Archiwum Jerzego Chramca


- Jak dawniej przygotowywano trasy, gdy nie było ratraków?

- Pracowali deptacze. Pierwsze ratraki miał Centralny Ośrodek Sportu, bez oprzyrządowania, to były proste urządzenia, ale po deptaczach gdy weszła maszyna - przełożenie było niesamowite. Później COS dostał ratrak z pługiem. Można było płużyć, ścinać muldy. Wcześniej maszyna wjeżdżała na muldy, musiała kręcić gąsienicami, niszczyła się. To były trudne czasy. Teraz ludzie narzekają, ale teraz to jest "stół". Maszyny wyjeżdżają wieczorem, czasem jeżdżą tak późno, by aż o uruchomienia wyciągu być na stoku.

- Musi pan być dyspozycyjny...

- Całe życie jestem! Pracuje 24 godziny na dobę.. Na tym polega ten mój pracoholizm. Ludzie, którzy mają etaty, nie rozumieją tego.

- Gdy jest sezon, musi pan sprawdzać prognozy, wiedzieć, kiedy trzeba ratrakować, często ratraki jeżdżą w nocy...

- Mam opinię, że jestem najlepszym meteorologiem. Co chwilę sprawdzam prognozy... Nie znam się na Internecie, z wyjątkiem prognoz, które bardzo często sprawdzam.

- Pod szczytem ratraki pracują na linie, ze względu na nastromienie stoku.

- W tej chwili technologia bardzo poszła do przodu. W górnych partiach robi się to na wciągarce, na linie. Lina podciąga maszynę, gdyby nie to, ratrak straciłby przyczepność.

- Kiedyś podobno ratrak pod kopułą szczytową spadł i zsunął do Doliny Cichej...

- Brałem w tym udział. Zeszła lawina. Już się żegnałem: Panie Boże ratuj. Robiliśmy wtedy trasę pod szczytem, na trawersie, jest tam taka półka nad Doliną Cichą. Bywa tam lawiniasto, po 6, 7, 8 metrów śniegu. Jechaliśmy od dołu, tego nie wolno robić. Teraz w życiu bym tak nie pojechał. W takiej sytuacji ratrakować trzeba od góry. Teraz wiążą się na linie. Tam jest niebezpiecznie, nikt nie powiedział, że to wytrzyma, że się nie urwie, to się robi na słowo honoru. Trawers był już gotowy, już się jeździło, tylko nawiało śniegu i nasypało. Maszyna nas zepchnęła z tego trawersu. Lawinę podcięta, zaczęliśmy się zsuwać. Byłem w ratraku z operatorem, Michałem Gąsienicą. Znałem topografię tego terenu, tam są takie turnie, które trochę wystawały, było wtedy dużo śniegu. Myślę sobie: tam nas zatrzyma. Jednak minęliśmy te skałki i zaczęło się robić stromo, całe szczęście, że maszyna jechała tyłem - drzwi można było otworzyć tak, że mogliśmy wyskoczyć. Gdyby ratrak zsuwał się przodem, drzwi otworzyłyby się tak, że wtrzepałoby nas pod gąsienice. Wyskoczyliśmy, zaczęliśmy się turlikać po tym śniegu. Wstajemy, a maszyna poszła na dół. Widać ją było. Zsunęła się do dna doliny (kilkaset metrów - przyp. red.) i stanęła. Światła zaświecone, silnik zapalony, maszyna nie zgasła. I decyzja: Michał ty idziesz na dół do ratraka, ja idę do góry zawiadomić, co się stało. To było przed 1 kwietnia. Dzwonię do kierownika Kazimierza Korzeniowskiego: Najpierw mówię: "- Kaziu, siądź se". "- A co się stało"? Maszyna w Cichej. Później odbyła się cała procedura wyciągania tej maszyny. Wyciągaliśmy ją we współpracy ze Słowakami.

- Wciągaliście ją z powrotem na grań?

- Pomysły były różne. Nawet żeby rozebrać maszynę i w kawałkach znosić. Dałoby się przez grać, ale byłoby to bardzo skomplikowane. Jedna maszyna musiałaby ciągnąć drugą. Udało się jednak zjechać ratrakiem przez Dolinę Cichą do Podbańskiej, w porozumieniu ze Słowakami i TOPR. Była to cała akcja. Zakończyło się to happy endem, maszyna się nie uszkodziła, z wyjątkiem 1 taśmy. Powstała w Dolinie Cichej wspaniała nartostrada, wspaniały "sztruks". Była to jedyna w historii nartostrada z Kasprowego Wierchu przez Dolinę Cichą do Podbańskiej.

- Ratraka nie wywróciło?

- Nie ma mowy o wywróceniu ratraka, to jest maszyna bardzo stabilna.

- Kiedy zaczyna pan pracę?

- Umowę podpisuję zawsze na okres od 1 listopada do 31 maja. Do końca sezonu działamy w terenie. Potem jest likwidacja. Sezon zaczynamy jednak już teraz w październiku. Natomiast latem również prowadzimy różnorakie konieczne roboty.

- Co można robić w październiku? Czy to nie za wcześnie na przygotowywanie tras?

- Muszę rozłożyć kupę ton materiałów w terenie. Nad Cichą postawionych jest 55 słupów 5-6 metrowych, puszczone są 3 liny zakotwione z 1 strony, trzeba to ustawić, przygotować, poskręcać. Samych śrub trzeba zakręcić kilkaset. Kilka tygodni roboty.

Prace pod szczytem. Fot. Archiwum Jerzego Chramca


Teraz już nie dałbym rady tego tak szybko zrobić jak dawniej. Mam 62 lata, a robota często odbywa się w trudnych warunkach, chociaż ja lubię przebywać w trudnych warunkach. Jak wieje fest, mróz, zawierucha, to ja się wtedy czuję w swoim żywiole. A jak jest ciepło, to mnie grypa łapie...

Ubiegły sezon pokazał, że trzeba płużyć z Beskidu. Gdy brakuje śniegu, a terenu się nie dośnieża, to jest to dobre rozwiązanie. Potrzebujemy śniegu, a z Kotła nie ma skąd brać. Tak uratowaliśmy sezon w ubiegłym roku, bo namówiłem kierownika, żeby płużyc z Beskidu. To jest najtańszy sposób utrzymania tras. Jeśli jest możliwość pozyskania w ten sposób śniegu, to trzeba zepchnąć go na trasę. Armatki - to konieczność pociągnięcia wody, olbrzymie koszty.

- Jakie jest pana zdanie w sprawie sztucznego śnieżenia Kasprowego Wierchu? Jest to teren Parku narodowego. Trudno o wodę.

- Wody nie ma. Starczyłoby jej na dośnieżenie. Mam swoją koncepcję dośnieżenia. Z Gąsienicową nie ma problemu, to pokazały ostatnie lata. Dośnieżania wymaga dolna stacja, a tam jest proste rozwiązanie. Trzeba zrobić zbiornik. Są takie plastikowe zbiorniki, których używa się nawet w domach na paliwo do ogrzewania. To jest lekkie, można wywieźć na dolną stację, połączyć w jeden zbiornik, przykryć siatką maskującą, by nie rzucał się w oczy. Wodę pozyskiwać nie ze stawku, ale tą której nadmiar ze stawku wypływa. Ze stawku absolutnie nie, też sobie tego nie wyobrażam. Tam jest przecież życie biologiczne. Ale można pozyskiwać nadmiar wody, która wypływa i wsiąka w grunt. Zbiornik jest potrzebny, by wodę skumulować. Jest też tam miejsce, gdzie można zrobić stacjonarny betonowy zbiornik, do którego woda samoczynnie wpływałaby cały czas, chociaż też pozyskiwałoby się też nie całą, niech ona też sobie wsiąka. Prąd jest, kawałek rury wystarczy zakopać lub zamaskować, i dośnieżyć rejon dolnej stacji.
Goryczkowa to jest już większy problem, bo teren jest większy. Na Goryczkowej jest źródło wody, ale bardzo mało jest tej wody. Ono zaczyna się w kilku punktach, powyżej "szyjki", pod Pośrednim Goryczkowym. Tam zaczynają się cieki wodne.
Na totalne śnieżenie nie ma wody. Trzeba byłoby ją czerpać znad Kuźnic, nie z Goryczkowej (...) Trzeba by ciągnąć rurociąg do góry, ale jest duże zagrożenie dla ujęcia zakopiańskiego, które jest oparte na ujęciu z Goryczkowej (...)
Ale to wszystko jest jeszcze małe piwo. Zakładamy, że będzie woda, będą armatki. Jeszcze pogoda musi być do tego. Do śnieżenia nie może być wiatru! Analizowałem to pobieżnie ? trzeba byłoby bardzo nasycić infrastrukturę do naśnieżana, postawić dużo tych armatek, żeby w krótkim czasie zaśnieżyć, bo armatka potrzebuje dość dużo wody - 30 kubików na godzinę chyba (...) Kasprowy jest specyficzną górą. Na Słowacji wszystko chodzi, a u nie chodzi ? teren jest tak usytuowany, że wieją tu niesamowite wiatry. Nad Cichą cały czas wieje. Przeciągi. Rzadko się zdarza, żeby była cisza. Są goście, którzy widzą to w różowych kolorach, ja do nich nie należę.

- Jednak mało kto zna teren tak jak pan.

- Jest podstawowa kwestia: z Kasprowego nie zrobimy fabryki.

Swego czasu, gdy byłem młody, myślałem innymi kategoriami, ale po przeanalizowaniu wszystkiego, doszedłem do wniosku, że my tutaj musimy dążyć do skansenu. I promować ten skansen. Żeby wyszaleć, wyjeździć się na nartach ? jedziemy do fabryki! Najbliższą fabrykę robią Słowacy. Dlatego oni chcą to kupić (...) Na Kasprowym dadzą zaporową cenę, dajmy na to 150 zł, będzie mniej ludzi, nie będzie kolejek, bo większość... pojedzie do Łomnicy. Tu jest takie zagrożenie. Najlepszym rozwiązaniem jest zostawić tak, jak jest (...) Jedyny warunek: musi być trochę śniegu.

- Lubi pan swoja pracę?

- Bardzo. Gdybym ni lubił, to nie robiłbym tyle...

- Musi ten teren znać jak własną kieszeń.

- Znam każdy kamień. Nie ma człowieka, który zna ten teren lepiej niż ja.

- O jakiej porze roku lubi pan ten teren najbardziej?

- O każdej. Jak przychodzi niedziela, to gdzie idę? W góry. Tu, w ten teren, na Goryczkową popatrzeć...

- Podobno wiele razy miał pan "bliskie spotkania" z niedźwiedziami...

- Był taki czas, że chodziłem z niedźwiedziami. Pamiętam Magdę, ta, którą później wywieźli do Zoo, gdzie zdechła. W Kuźnicach od lat prowadzę szałasik "Harnaś" przy drodze na Kalatówki. Tam mam magazyn, a latem prowadzę gastronomię. W tym roku np. lody prowadziłem. Dawniej, gdy zaczynałem, jeszcze nie zajmowałem się trasami, też wydzierżawiłem ten szałas od PKL-u; to były inne czasy, wtedy to wszystko szło, można był zarobić. Cudów nie, ale zawsze. Hot-dogi sprzedawałem, szło tego setki. Teraz jak się sprzeda kilka hot-dogów to jest dobrze. Bułki kupowałem w piekarni i trzymałem tam w workach. Magda się włamała i uciekała na 2 łapach trzymając worek bułek. Tych bułek tam było z 50 albo więcej. Poszła poza budynki i z małymi sjestę sobie zrobiła. Wytrzepała bułki, nie zjadła, zmarnowała. Ja siedziałem w środku i obserwowałem. Wtedy jeszcze nie było komórek, nie można było tego sfilmować. Małe huśtały się na pniaczkach, które tam mam.

Bufet. Fot. Archiwum Jerzego Chramca


Później niedźwiedzie przestały się pojawiać, gdy zaczęli je straszyć, obroże im zakładać. To dobrze, bo to było niebezpieczne (...) Z Kubą (imię niedźwiedzia - przyp. red.), którego zabił Weron, też się spotykałem. Schodziłem z Goryczkowej na nogach, jeszcze skutera nie miałem. Z plecakiem. Teraz jest o wiele łatwiej, jest dojazd. Zawsze niosłem w plecaku kromki chleba. Wychodzę zza zakrętu - niedźwiedź. Kilkanaście metrów ode mnie. Rzuciłem kromkę, ciach do potoku, nisko. Kuba poleciał za tym, ja się zdążyłem oddalić na bezpieczną odległość, a przynajmniej tak mi się wydawało... Siostra spała na Goryczkowej, słyszała, jak Weron poranił Kubę, jak on zdychał, wył, dusił się... strasznie wyło zwierzę. Echo się rozchodziło.

Ja zastałem teren w 1991 roku dziewiczy. Co prawda COS coś tam robił, ponieważ odbywały się spartakiady armii zaprzyjaźnionych, jakieś kamienie były porozbijane... Myśmy później sukcesywnie wszystkie kamienie niwelowali. Tam były setki kamieni, które uniemożliwiały przygotowanie trasy.

- Ale co z nimi robiliście?

- Rozbijaliśmy ręcznie na mniejsze kawałki, i wkładaliśmy między inne kamienie. Park na tyle poszedł nam na rękę (...)

Prace w terenie. Fot. Archiwum Jerzego Chramca


- Długo trwało, zanim przygotowaliście teren?

Lata. Przecież od 1991 to jest 20 lat. Te prace zaczęliśmy od raz od 1992, były one intensywne. A teraz też każdego lata jest coś do roboty - np. mostki na nartostradach. Wszystkie są drewniane. Drewno wytrzymuje w tym terenie 8 - 10 lat. Po 10 latach mostek trzeba przerobić, odtworzyć. Na wiosnę komisja robi przegląd, ja proponuję, co trzeba zmienić, zrobić (...) Mostków jest kilkanaście. Sukcesywnie co roku odbywa się także wycinanie tzw. nalotu na nartostradach To są małe rośliny, krzaki, głównie świerk - z nasion się rozsiewają, niewinnie zaczyna się od małej kistki.

- A kiedy ma pan wakacje?

- Nie mam wakacji.

- Bo teraz jasno widzę, że to cały rok pracy.

- Można by skomasować ludzi, zatrudnić więcej w krótszym okresie. Ale ja sobie to spokojnie robię, mam zadowolenie z tego, nie denerwuję się. Synowie pomagali, ale młodych ludzi brakuje, do Anglii powyjeżdżali, zresztą jest to trudna, specyficzna robota.
Zastanawiam się, kto to kiedyś po mnie przejmie... Nie wiem, czy znajdą takiego, jak ja...

- Dziękuję za rozmowę.