Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Artykuły

Uczestniczyłem w budowie kolei na Goryczkowej

Dodano: Wtorek, 27 marzec 2012 / Ilość wyświetleń: 2593- Jak trafił pan do Zakopanego?

- Urodziłem się w Lubaczowie, miejscowości leżącej na trasie Kraków - Rawa Ruska - Lwów. Ojciec mój był zawodowym wojskowym. W Lubaczowie i Jarosławiu było bardzo dużo jednostek. Potem ojciec wrócił do Jarosławia i mieszkałem tam jako pętak mały aż do wybuchu wojny, kiedy to wyjechaliśmy z Jarosławia do babki, która mieszkała za Lubaczowem - w Cieszanowie. Mieszkańcami byli Żydzi, Ukraińcy i Polacy. Wszystkie chałupy drewniane, kilka murowanych. Jak Ukrainka wychodziła za mąż za Polaka, metrykę przenosiła z cerkwi do kościoła katolickiego. Jeśli mąż był Ukraińcem - to on przenosił metrykę. Obchodziliśmy święta jedne i drugie... Pamiętam jeszcze kolędy po ukraińsku. Wszystko było dobrze, dopóki jedni drugich nie zaczęli podżegać. Przyszyli Niemcy, zabrali wszystkich Żydów. Przyszli nacjonaliści ukraińscy i podpalili miasteczko. Dziadka zastrzelili. Myśmy wcześniej stamtąd wyjechali.
Ukończyłem średnią szkołę budowlaną, potem dostałem nakaz pracy. Pracowałem rok w Bochni, następnie przenieśli mnie do Krakowa do Wojewódzkiego Zarządu Dróg Publicznych i dostałem się na Politechnikę Krakowską. W międzyczasie w Jarosławiu ksiądz załatwił instrumenty i założyliśmy orkiestrę dętą, z którą przyjeżdżaliśmy tu do Zakopanego. Góralowi restauracji, gdzie graliśmy, tak się spodobało, że chciał kapelmistrzowi przepisać chałupę! Wyjazdy do Zakopanego to była dla nas nagroda na wakacje, koło rodzicielskie nam je fundowało. Wszystkich nas wysłali nawet do szkoły muzycznej w Jarosławiu. Dzięki tej orkiestrze dostałem się na studia, bo na Politechnice tworzyli orkiestrę symfoniczną... Grałem na waltorni. Gdy przyjeżdżaliśmy do Zakopanego, to na stacji graliśmy marsza podhalańskiego i wszyscy fiakrzy się zlatywali. Zabierali nam bagaże, a myśmy z trąbami szli przez Zakopanego grając. A fiakrzy za darmo wieźli nam bagaż.
Jednak mój pierwszy przyjazd do Zakopanego miał miejsce znacznie wcześniej. Było to rok po wyzwoleniu. Przyjechałem razem z drużyną harcerską. Ja byłem za młody na obóz, ale sąsiad był drużynowym i mnie zabrał. Takich "zuchów" jak ja było jeszcze ze czterech. Z Piwnicznej przyjechaliśmy na 2 dni do Zakopanego. Spaliśmy w Palace na podłodze. Poszliśmy w góry. Starsi koledzy szli przez Zawrat, my - 4 czy 5 małych z jednym starszym - szliśmy na piechotę z Zakopanego do Morskiego Oka, 33 kilometry... Po 3-4 godzinach myślałem, że już, za chwilę, będzie Morskie Oko. A tu guzik. Mało tego, taskaliśmy jeszcze prowiant: marmoladę, chleb. Jak ktoś był sprytny, to od razu na pierwszym postoju dawał swój prowiant... Nocowaliśmy na górze w starym schronisku. Na drugi dzień poszliśmy nad Czarny Staw pod Rysami. Gdy zeszliśmy, trzeba było wracać do Zakopanego, bo w nocy mieliśmy pociąg do domu. Schodziliśmy już "na głodnego". Było nas pięciu młodych gówniarzy. Lecieliśmy w dół. Starsi chłopcy mieli po 20 lat. Poszliśmy na skróty od Wodogrzmotów. Było już ciemno. Moich kolegów nieśli na plecach. Ja się zaciąłem, szedłem. Ale byłem strasznie głodny. Jak zobaczyliśmy światła na Cyrhli, to już poczuliśmy, że jesteśmy w domu. Nasi koledzy, którzy zostali, zrobili nam kolację. To był przypalony pęcak. Ja w życiu nie jadam pęcaku, ale wtedy - jak mi smakował!
Na studiach coraz częściej bywałem w Zakopanem, dzięki ludziom, u których mieszkałem w Krakowie. Ci państwo jeździli do Zakopanego na Gubałówkę, do Bachledów - Księdzularzy. Też z nimi jeździłem.
W latach 1963 - 65 wzięli mnie do wojska. Wtedy potrzebowali osób po AWF-ie, a także lekarzy i inżynierów, a ja byłem inżynierem - specjalistą od lotnisk. Gdy szedłem do wojska, myślałem, że mnie szlag trafi, ale okazało się, że te 2 lata to były moje najpiękniejsze lata w życiu. Jeździliśmy prawie po całej Polsce, pracowaliśmy na lotniskach, byliśmy nad morzem i w wielu innych miejscach, także na lotnisku w Nowym Targu. Wówczas wprowadzono Migi 121 i trzeba było przedłużać wszędzie pasy startowe wszędzie o ok. pół kilometra. Było roboty na 2 lata. Pracowałem w swoim zawodzie, zarabiałem więcej niż jako młody inżynier, praca była ciekawa.

Fot. Archiwum Kazimierza Czemerdy.


Cały czas chciałem mieszkać w Zakopanem. Po wyjściu z wojska przeczytałem w gazecie, że w Zakopanem potrzebują inżynierów. Przyjechałem więc. Nadzorowałem roboty łącznie do Szczawnicy. Nagle zlecili nam też nadzór nad budową kolejki na Goryczkowej.

Podczas prac na Kasprowym. Motor służył za windę. Fot. Archiwum Kazimierza Czemerdy.


Od 1967 roku do końca byłem prawie codziennie na Kasprowym. Przychodziłem do pracy z nartami, podpisywałem, że idę na Kasprowy. Normalnie ludzie brali zwolnienia lekarskie, żeby móc jeździć na Kasprowym. Każdy był zakwefiony, a ja nie... Poza tym miałem bilet, wjeżdżałem, kiedy chciałem. Najważniejsze, że nie umiałem jeździć na nartach... Nie miałem wcześniej pieniędzy, żeby sobie kupić narty. Gdy byłem w wojsku i przyjeżdżałem do WDW Kościelisko na wczasy, wypożyczałem narty i jeździłem. W końcu, gdy przyjechałem na stałe do Zakopanego, kupiłem narty. Trochę jeździłem na Gubałówce, ale nie na Kasprowym! Ale wszyscy moi zaprzyjaźnieni rówieśnicy projektanci, pracownicy przedsiębiorstw - jeździli na Kasprowym! Więc jak też zacząłem tam jeździć. Pamiętam, liczyłem, ile razy się przewrócę. Na Gąsienicowej, 50, 70 razy, potem już coraz mniej. Zakręt zrobiłem, ale po zakręcie, z wrażenia - łup! Pierwszy raz z Kasprowego przez Goryczkową to 2 godziny zjeżdżałem. Dobrze, że nic nie było widać, bo byłą mgła. Ale było bardzo dużo ludzi. Jadę, a wokół mnie tobogany. Ja już cały sztywny...
Po 2 latach zrobiłem kurs instruktora i jestem instruktorem narciarstwa.

Fot. Archiwum Kazimierza Czemerdy.


Budowa kolei krzesełkowej na Goryczkowej to była wspaniała sprawa. Na Kasprowym Wierchu są pokoje. Myśmy tam mieli miejsca do spania. Na Goryczkowej były szałasy, nieco już zdemolowane. Wyremontowaliśmy jeden szałas. Stoi zresztą do dziś. Dzięki temu, że projektant główny architekt Staszek Karpiel miał po całej Polsce różne znajomości i znał ten cały high life, organizowane tam były różne towarzyskie spotkania. W ten sposób ja też miałem różne znajomości. Z Wojciechem Młynarskim byłem "na ty". Urządzaliśmy ogniska, sylwestry. Bawiło się! Zastanawiam się, czy by książki o tym nie napisać...

- Jak długo trwała budowa kolei na Goryczkowej?

- Rozpoczęła się w 1967 roku. W 1968 roku przyszedł halny stulecia. Miałem spotkanie w Kuźnicach, 2 dni po halnym. Wyszedłem pod elektrownię i zgłupiałem! Pierwszy raz zobaczyłem taki krajobraz! Tam nigdy nie było widać klasztoru! A tu drzewa wszystkie leżały powalone. W 1970 roku budowa zakończyła się.

- Wiele pan podróżował po różnych zakątkach świata - po Azji, wyjeżdża pan również na narty. Jest pan także przewodnikiem tatrzańskim.

Fot. Archiwum Kazimierza Czemerdy.


- Zgadza się. Poznałem Tatry wzdłuż i wszerz, wiele lat pracowałem jako przewodnik tatrzański. Obecnie jednak rzadko prowadzę wycieczki. Nie będę zabierał pracy młodszym kolegom...

- Dziękuję za rozmowę.

Fot. Archiwum Kazimierza Czemerdy.


Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek