Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Prywatyzacja PKL

Fachowość i serce

Rozmawiamy ze Stanisławem Pieronem, wieloletnim kierownikiem kolei linowej na Kasprowy Wierch. Pracę na kolejce rozpoczął na przełomie lat 1947/48 jako informator w kasie na dolnej stacji w Kuźnicach. Po zakończeniu służby wojskowej powrócił na Kasprowy i pracował tu nieprzerwanie aż do pójścia na emeryturę w 1988 r. W latach 1977 - 1984 był zastępcą kierownika kolejki, a od 1 listopada 1984 r. do 1988 r., - kierownikiem.

- Co pan sądzi na temat planowanej prywatyzacji Polskich Kolei Linowych?

Nie powinno się sprzedawać kolejki. I co później? Co będzie? Polskie Koleje Linowe powinny zostać państwowe. Ewentualnie, jeśli prywatyzacja już musi być, niech to kupią nasi, Polacy. Nie powinno się sprzedawać kolei za granicę, Słowakom. Bo jak takiemu obcemu inwestorowi nie będzie pasować załoga, to przyprowadzi swoich pracowników, a naszych zwolni.

- Miasto Zakopane chce powołać spółkę akcyjną i dać pierwszeństwo w wykupywaniu akcji ludziom stąd, m.in. z Zakopanego.

- No właśnie, o to mi chodzi, tak powinno być.

- Wielką wartością Polskich Kolei Linowych jest załoga.

- Zgadza się! Załoga pracuje od lat ta sama, niektórzy po kilkadziesiąt lat. Zna się na wszystkim, wie, co robić. To nie jest zabawa. Warunki są ciężkie. Zimy, wiatry, oblodzenia. Poza tym kolej trzeba znać. Wiedzieć, co trzeba robić, gdy awaria, gdy wiatr zawieje. Żeby nie było wypadków. Trzeba mieć pozdawane egzaminy, ważne badania lekarskie. Przecież konduktorzy pokonują kilka razy dziennie przewyższenie 1000 metrów, co kilkanaście minut góra- dół.

- Najlepszym zatem według pana inwestorem będzie inwestor z Polski, który zachowa cel działania PKL oraz pozostawi załogę.

- Dokładnie tak. Przecież ci ludzie pracują tam już tyle lat…Z ulicy nikt też nie przyjdzie przyjdzie. To specyficzna praca, Za moich czasów był do 70 osób pracujących na kolei Kasprowy Wierch. Jest kłopot z ludźmi. Przyjdzie ktoś – nic nie wie, nic nie umie, trzeba go uczyć, szkolić; w górach, jak spadnie śnieg, trzeba wziąć łopatę, trzeba odśnieżyć, przygotować, pracować! A są tacy, którzy powiedzą, że oni z łopatą czy z miotłą nie będą pracować. Musi być oprócz fachowości i serce. To nie są łatwe warunki. Gdy rozmawiam z kolegami, mówią, że najlepiej, by miasto się złożyło, by znalazło pieniądze, by dogadali się i w ten sposób żeby to zakończyć, żeby był spokój.

- Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek