Menu

Współpraca

Zaloguj się

Jeżeli nie posiadasz jeszcze konta w naszym serwisie, zarejestruj się już teraz.
Zapomniałeś hasło? Kliknij tutaj.

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać na adres e-mail najświeższe wiadomości z naszej strony, wpisz go poniżej.

Prywatyzacja PKL

Karawana idzie dalej

Wywiad z Edwardem Siarką, posłem na Sejm z ramienia Solidarnej Polski, który wraz posłem Arkadiuszem Mularczykiem złożył zapytanie poselskie w sprawie niepokojących zmian w PKL, w tym nagłej zmiany Zarządu. Zawiadomili także NIK, Prokuraturę i ABW o możliwych działaniach na szkodę Skarbu Państwa poprzez niekontrolowaną prywatyzację PKL S.A.

- Jak pan skomentuje odwołanie Zarządu Polskich Kolei Linowych w świetle zbliżającej się prywatyzacji?

- Odpowiedź jest jedna: odwołanie Zarządu jest ściśle z tym procesem związane. Zresztą rzecznik PKP, mimo że na początku zaprzeczał, w końcu przyznał, iż zmiana nastąpiła, by
„zdynamizować” proces prywatyzacyjny. Natomiast wiadomo, i takie jest moje odczucie, że pan Andrzej Laszczyk, jako ten, który tutaj żyje, pracuje z ludźmi do lat, całe swoje życie zawodowe związał z koleją, według mnie nigdy nie pozwoliłby na działania, które temu przedsiębiorstwu mogłyby zaszkodzić. I dlatego poleciał.
Uważam, że nie godził się na pewne działania i polecenia, które mu wydawano, albo domagał się dodatkowych gwarancji czy odpowiedzi. Konsekwencją jego odwołania jest wejście pana Goska. Jego nazwisko pojawia się w słynnej sprawie hazardowej. Został też odwołany z funkcji członka Zarządu Totalizatora Sportowego. A tu nagle pojawia się jako nowy prezes PKL tuż przed prywatyzacją. Trzeba się temu wszystkiemu przyglądać.

- No właśnie. Czy wszystkim zainteresowanym nie pozostaje tylko to? Czy nie ma się wrażenia, że psy szczekają, a karawana idzie dalej? Wiele osób, instytucji, a także samorządy i posłowie pisali, interweniowali, sprzeciwiając się prywatyzacji lub sposobowi jej przeprowadzenia. Tymczasem wydawać by się mogło, że rząd i PKP podejmuje decyzje nie bacząc, co się wokół tej sprawy dzieje. PKL kupi ten, kto wyłoży jak najwięcej pieniędzy, bez względu na kwestie nie do końca związane z finansami, np. tę, że Kasprowy Wierch, Gubałówkę i inne obiekty PKL uważa się za dobro narodowe.

- Myśmy też to podkreślali - że chodzi nie tylko o wartość materialną, ale również historyczną. Tylko takie pojmowanie sprawy wynika ze sposobu naszego myślenia, z pewnego przywiązania do własności. Natomiast strona rządowa zupełnie nie kieruje się w postępowaniu tego rodzaju zasadami. I tu jest główny problem. Poruszamy się zupełnie różnymi torami nie rozumiejąc się. Strona rządowa wychodzi z założenia, że PKL, jak wiele innych tego typu obiektów, można tak po prostu sprzedać. Zresztą w wielu obszarach życia jesteśmy świadkami takich zdarzeń. To dotyczy - podając przykłady z naszego rejonu – Zespołu Elektrowni Wodnych w Niedzicy czy Uzdrowiska. Krok po korku będziemy świadkami tego rodzaju działań. Wynika to z odrębnych filozofii działania. I jest tak waśnie, że karawana idzie. A potem się okazuje, że mamy kolejną restrukturyzację, zwalnia się ludzi, później płaczemy, że ucierpiał Tatrzański Park Narodowy, ale stało się! I ja nie mam na to sposobu zasiadając w Sejmie już 3 kadencję, bo często się z tym spotykam. Państwo kapituluje w wielu obszarach.
I to nie jest kwestia finansowa, co pokazuje kwestia prywatyzacji PKL. Akurat ta branża całkiem dobrze się ma. Ale są podejmowane tego rodzaju decyzje. A potem mamy taki efekt, że duże pieniądze zostają wyprowadzone za granicę, a mogłyby wpłynąć do budżetu państwa.

- W zapytaniu poselskim wspomina pan o nadużyciu zaufania w obrocie gospodarczym i niegospodarności.

- Jeżeli idzie o niegospodarność to właśnie chodzi o przytoczone wcześniej dane ekonomiczne. Oczywiście dzisiaj nie mam wiedzy, co będzie, jeśli przeprowadzi się prywatyzację, ale jeśli porównamy dane, ile państwo zyskiwało, a ile zyska na tym, że sprzedało PKL, to jestem o tym święcie przekonany, że za rok, dwa tych kwot państwo nie zobaczy wcale! W tym sensie proces prywatyzacyjny nie jest transparenty. Pojawiają się fakty i osoby, które, mówiąc delikatnie, według nas nie gwarantują przejrzystych działań.

- Czy pan zdaniem możliwy jest scenariusz, że w trakcie działań prywatyzacyjnych – skoro zmieniony został Zarząd PKL - wymieniona zostanie załoga?

- Dla mnie to jest oczywiste, że tak się stanie. Bierzmy naukę z historii, z wielkich procesów, które się odbyły. Popatrzmy, co się stało z Telekomunikacją. To jest przykład, co się może stać z PKL-em. Bo właściciel Polskich Kolei Linowych może być po drugiej stronie Tatr. Może być w Moskwie! Bo to nie jest czysty słowacki kapitał. To kapitał powiązany ze Wschodem. Te decyzje wyjdą z polskich rąk. Obawiam się, że samorząd może zbyt słabym partnerem. Obym się mylił.

- Jaka jest pana opinia – czy PKL powinien być prywatyzowany?

- W Polsce cały czas nie mamy planu określającego obszary, które powinny być wyłączone z prywatyzacji. Kolej powinna być wyłączona z tego procesu. Oczywiście wpuśćmy konkurencję. Być może częściej wtedy będą na linii Chabówka – Zakopane kursowały dodatkowe pociągi, czy pojawi się inna dodatkowa oferta. Ale państwo pewnych obszarów nie powinno się pozbywać: systemu bankowości, kolei, LOT-u, łączności, energetyki, wielkiej chemii. My cały czas nie mamy zakreślonego tego obszaru. Na pewno wszystko, co jest związane z koleją, komunikacją, powinno pozostać w rękach rządu.

- Dziękuję za rozmowę.



Agnieszka Szymaszek